Jesteś tutaj: StartHistoria karate-doWywiad z mistrzem Masatoshi Nakayama

Wywiad z mistrzem Masatoshi Nakayama

NakayamaROZMOWA Z MISTRZEM MASATOSHI NAKAYAMA
RANDALL G. HASSCI
przedstawia:
TERUYUKI OKAGAKI

GICHINOWI FUNAKOSHIEMU I JAPOŃSKIEMU ZWIĄZKOWI KARATE

GICHIN FUNAKOSHI - nauczyciel Chińskiej Klasyki i mistrz karate. Urodził się w 1868 roku w Shuri na Okinawie, zmarł w Tokio w 1957 roku.

 

 

PODZIĘKOWANIA
Ta książka jest efektem wspólnych wysiłków dużej grupy bezinteresownych osób. W szczególności ogromne podziękowania należą się mistrzowi Yutaka Yaguchi z JKA z Colorado, w którego dojo większość wywiadów została przeprowadzona; panu Hitoshi Namekata, który w szczególnie trudnych sytuacjach przyjął na siebie ciężar tłumaczenia; Bruce Green za jego zakulisową działalność w całym przedsięwzięciu; Tomowi Openlander za wspaniałe serie zdjęć; Patty Openlander za przełożenie swojego miodowego miesiąca; David Lowry za wyjątkowe pytania i poddanie dyskusyjnych tematów; Mike Ratteree za zrealizowanie marzeń i Esther za wszystko, co od niej otrzymałem.
Specjalne słowa wdzięczności skierowane są do mistrza Teruyuki Okazaki i Dyrektorskiej Komisji ISKF, bez których nie można by nawet marzyć o napisaniu tej książki.
Najcieplejsze podziękowania składamy mistrzowi Masatoshi Nakayama, Głównemu Inspektorowi JKA, którego cierpliwości zawdzięczamy tę książkę.

PRZEDMOWA
Masatoshi Nakayama właśnie powrócił do kraju po długim pobycie w Chinach, gdy wstąpiłem do Klubu Karate Uniwersytetu Takushoku. Wówczas, w 1947 roku, mistrz Nakayama był asystentem sensei Gichina Funakoshiego, założyciela japońskiego karate-do i był trenerem drużyny karate Uniwersytetu Takushoku.
Po dwóch latach treningu zaproponowano mi udział w drużynie, a po trzecim roku na uniwersytecie zamieszkałem tam, gdzie wszyscy członkowie zespołu. Było to miejsce udostępnione przez uniwersytet tak, by treningi mogły odbywać się zarówno w dzień jak i w nocy. Dwa dni w tygodniu mistrz Nakayama spędzał razem z nami w dormitorium i brał udział w naszych treningach. Wówczas wytworzyła się między nami silna więź przyjaźni. Pod koniec mojego roku wstępnego zostałem kapitanem drużyny karate Uniwersytetu Takushoku. Wzmocniło to bardzo moje osobiste kontakty z Nakayamą.
Podczas treningów drużyny mistrz Funakoshi przychodziłby obserwować naszą pracę i czasem ćwiczyć razem z nami. Działo się tak przeważnie raz na tydzień. W stanie głębokiej koncentracji siadał na brzegu maty przypatrując się uważnie, by potem dawać nam uwagi i dzielić się swoją wiedzą na temat technik. Wypowiadał też wtedy wiele filozoficznych myśli na temat karate-do i życia w ogóle. Gdy słuchałem mistrza Funakoshiego pojąłem, że Nakayama przejął tę filozofię jako własną i że stara się według niej postępować. Można spotkać wiele wspaniałych ludzi wśród tych, którzy trenują sztuki walki, lecz jestem przekonany, że Masatoshi Nakayama jest prawdziwym mistrzem w każdym tego słowa znaczeniu. Wspaniały jest, więc fakt, że pod jego okiem doskonalimy swoją życiową drogę i rozwijamy techniki karate-do tak, jak uczył nas tego sensei Gichin Funakoshi. Mistrz Nakayama to prawdziwie wielki człowiek. Jego książki, liczne podróże i wreszcie, co najlepsze, życzliwa natura i otwarta osobowość spowodowały, że stał się on figurą znaną na całym świecie. Wierzę, że ktokolwiek przeczyta tę książkę i przeanalizuje myśli mistrza Nakayama, znajdzie w sobie siłę do zgłębiania i rozwijania w sobie filozofii karate-do.

Teruyuki Okazaki
Prezes i Główny Instruktor ISKF
Philadelphia, Pennsylvania grudzień 1982

 

WPROWADZENIE
Masatoshi Nakayama wymaga przedstawienia tylko tym, którzy nigdy nie praktykowali karate. W świecie karate jego nazwisko jest tak znane każdemu trenującemu, jak nazwisko Mikołaja Kopernika uczniowi szkoły średniej. Tym ludziom trzeba powiedzieć o Nakayamie, tyle, że jest on Wielkim Mistrzem Japońskiego Związku Karate (Japan Karate Association), największej na świecie i najsłynniejszej organizacji karate. Nakayama, 9 dan, jest najstarszym i najdłużej ćwiczącym karate spośród uczniów Gichina Funakoshiego, człowieka, który w 1922 roku przywiózł karate z Okinawy i rozwinął je w pełni w Japonii. Nakayama nauczył się karate bezpośrednio pod okiem Funakoshiego, który osobiście wyznaczył go na swojego następcę w dziedzinie przekazywania drogi karate nadchodzącym pokoleniom.
Trudno pojąć, by ktokolwiek, gdziekolwiek na Ziemi nie znał słowa "karate". Gdyby tak było, z pewnością wyczytalibyśmy o tej osobie w księdze Guinnessa. Wywiady zaprezentowane w tej książce przeprowadzono z człowiekiem najbardziej odpowiedzialnym za rozpropagowanie karate na całym świecie, z głosicielem drogi pustej ręki. To on pod kierunkiem Gichina Funakoshiego rozwinął i wprowadził we wczesnych latach pięćdziesiątych do realizacji pomysł sportowej rywalizacji karate. To on stworzył z JKA organizację, która nie skupiała już tylko ścisłego grona uczniów Funakoshiego, lecz zdobyła 10 milionów członków z 65 krajów na wszystkich kontynentach. I to wreszcie on pomimo swych siedemdziesięciu lat nieustannie podróżuje wokół globu, nauczając i demonstrując wszystko to, czego uczył się pięćdziesiąt lat temu.
Wywiady z mistrzem mają znaczenie historyczne. To najbardziej wyczerpujący i kompletny z wszystkich wywiadów udzielonych jakiemukolwiek nie japońskiemu dziennikarzowi. Bez wątpienia wszyscy doceniający wielkość mistrza Nakayamy winni być usatysfakcjonowani, uzyskując tutaj liczne komentarze na temat nie tylko technik karate, ale i rzeczy głębszych. Wielu ludziom wiadomo, że sensei Nakayama jest także autorem ponad dwudziestu publikacji koncentrujących się właśnie na zagadnieniach technicznych związanych z praktykowaniem karate. Szukających, więc tylko tych aspektów karate odesłać należy do tych dzieł. Obserwowanie tego niewielkiego człowieka podczas treningu skłania do stwierdzenia, że wszystko, cokolwiek Nakayama czyni jest podporządkowane filozofii karate. W dojo należącym do Yutaka Yaguchiego, w Denver, Colorado (gdzie większość materiału, jaki znalazł się w tej książce, zebrano), sześćdziesięcio-dziewięcioletni Nakayama zdejmował bluzę swej gi, by zademonstrować czarnym pasom, które mięśnie napinać stosując określone techniki. Trzydziestoletnia pielęgniarka wspominała później, że w ciągu swej praktyki widziała ciała wielu rówieśników Nakayamy, ale żaden z nich nie miał ciała trzydziestopięcioletniego mężczyzny. Rzeczywiście, w swym codziennym stroju mistrz wygląda jakby miał 50 lat, a w karategach trudno określić jego wiek, tak rześki i pełen dynamiki się wydaje. Celem, do którego dąży się w karate-do, jest wzajemne udoskonalanie się. Ciało i duch muszą się przenikać, umysł kontrolować - jest to stan, w którym ciało porusza się płynnie i swobodnie niezależnie od wieku i kondycji fizycznej. Wielu ćwiczących z mistrzem Nakayama twierdzi, że on osiągnął już ten stan i że trudno o nim mówić jak o zwykłym, przeciętnym śmiertelniku. Dowodzi tego, mówią, historia, która przytrafiła się w 1971 roku w górach. Nakayama był głównym instruktorem narciarstwa w Departamencie Wychowania Fizycznego na Uniwersytecie Takushuoku. Podczas jazdy zdarzył mu się wypadek, gdy runęła lawina. Lekarze przepowiadali rychłą śmierć, a cała rodzina zgromadziła się przy łożu, w którym spoczywał. Specjaliści twierdzili, że dla człowieka w takim wieku nie ma szans na wyzdrowienie. Zamiast odejść z tego świata Nakayama obudził się po kilku dniach i oznajmił, że jest głodny. Następna diagnoza w obliczu ozdrowienia była taka, że mistrz nie będzie mógł chodzić. Minęły cztery miesiące i Masatoshi Nakayama opuszczał szpital, by podjąć przerwany trening karate. Stojąc przed faktem dokonanym lekarze musieli uwierzyć w to, w co uczniowie Nakayamy wierzyli od początku - że prędzej czy później ich nauczyciel wróci do dojo. Sam nauczyciel skomentował to wydarzenie tak, „że karate jak życie zmienia człowieka codziennie i w taki sposób rzeczy przedtem niemożliwie teraz stają się osiągalne." Mimo osiągnięcia takiej doskonałości sensei jest człowiekiem bardzo skromnym i nie pozbawionym humoru. Mówi z przymrużeniem oka, że ma nadzieję, gdy już dostanie się do nieba, że sensei Funakoshi nie zgani go za rozpowszechnianie karate sportowego. Kontynuuje jednak z uśmiechem, że karate sportowe dokonało ostatecznie tego, o co chodziło Funakoshiemu, to jest, że rozpropagowało ideę karate na całej kuli ziemskiej. Masatoshi Nakayama jest żywym przykładem konfucjańskiej myśli, „że prawdziwie wielki człowiek jest skromny w słowach, a wielki w czynach."
Oprócz rozmów przeprowadzonych w dojo Yutaka Yaguchi - siedzibie JKA Colorado w Denver na książkę tę złożyły się wypowiedzi mistrza spisane podczas jego pobytu w Philadelphii, Pennsylvania i jego dwumiesięcznym tournee w USA, a także w Meksyku i na Karaibach, na wyjeździe sponsorowanym przez mistrza Teruyuki Okazakiego International Shotokan Karate Federation. Ten tom ma na celu pokazać historię i filozofię człowieka, który całe swoje życie przeszedł drogą karate. Historię tę bohater opowiada własnymi ustami, opisując swoje klęski i zwycięstwa, blaski i cienie swego życia, drogę do zrozumienia, przetrwania i prowadzenia innych.
Masatoshi Nakayama jest tym, który prawdziwie łączy teraźniejszość karate z przeszłością i korzeniami. Jest żywą encyklopedią sztuki Shotokan Karate­-do. Książka zaczyna się tam, gdzie leżą źródła zarówno wielkiej japońskiej sztuki jak i historii pojedynczego człowieka, który w przyszłości wiele zrobi dla karate.

Randall G. Hassell (H): - Sensei, sądzę, że dobrze było by zacząć od opowieści o Pana dzieciństwie i Pana rodzinie.

Masatoshi Nakayama (N): - Moja rodzina była przez wiele lat rodziną instruktorów szermierki. Byli to samurajowie należący do słynnego klanu Sanada, a naukę tę kontynuowali aż do czasów mojego ojca. Mój dziadek był ostatnim instruktorem, ojciec studiował już judo. Jako młody człowiek wstąpił do armii jako lekarz i po pewnym czasie uzyskał rangę pułkownika. Ja urodziłem się w 1913 roku, a ponieważ ojciec stacjonował na Tajwanie, większość szkolnych wspomnień zachowałem ze szkoły w Taipei.

H: - Jak bardzo pański ojciec wpłynął na Pana zainteresowania, a później praktykowanie sztuk walki?

N: - Wpływu tego nie nazwałbym bezpośrednim. Ojciec był kimś o zdolnościach i skłonnościach przywódczych, a w rodzinie żądał bezwzględnego posłuchu. Dawno temu moja matka, podobnie zresztą jak inne, była całkowicie odpowiedzialna za początkowe wychowanie dzieci i jak uważam wiele zrobiła zarówno dla moich braci jak i dla mnie. Jako dziecko nie rozumieliśmy jeszcze wielu życiowych problemów i dlatego nie okazywaliśmy matce należytego posłuchu. Więc ojciec uczył nas, jak stać się prawdziwym mężczyzną, jak kształtować swój charakter. Jedno wydarzenie szczególnie utkwiło mi w pamięci. Jak sobie przypominam, miałem wówczas 8 lat i byłem uczniem w pierwszej klasie w szkole prefektury Chiba. Odkąd zacząłem uczyć się w tej klasie oraz jako najstarszy z rodzeństwa musiałem przejąć część obowiązków dotyczących opieki nad moim młodszym bratem. Polegało to na pilnowaniu i opiece w drodze do i ze szkoły. Wzdłuż drogi rozciągały się znaczne tereny wojskowe wraz z poligonem. Wstęp tam był surowo wzbroniony, jednak my, jak to czyni wiele dzieci, złamaliśmy ten zakaz. Nie mogliśmy się oprzeć pokusie przekroczenia płotu i zobaczenia miejsca pełnego tajemnic. Poligon był zryty kraterami i lejarni, stanowił więc fascynujący dla malców obiekt eksploracji i zabaw. Któregoś dnia zdecydowałem się wciągnąć młodszego brata w tę przygodę. Z zainteresowaniem oglądaliśmy wszystkie budynki i wojskowy sprzęt stojący dookoła. Było doskonale, ale tylko do momentu, gdy zapadł zmierzch. Wówczas okazało się, że jesteśmy zgubieni. Kręciliśmy się to tu, to tam wpadając w wiele głębokich dziur i napotykając dzikie zwierzęta. Szopy i lisy wydawały nam się wtedy dzikimi i krwiożerczymi bestiami. Byliśmy śmiertelnie przerażeni. Tymczasem ojciec zauważając naszą przeciągającą się nieobecność zaczął się niecierpliwić. Wysłał żołnierzy na poszukiwanie i gdy wreszcie znaleźli nas i przyprowadzili do domu było koło północy. Wiedziałem, że dostanie mi się. Ojciec powiedział wtedy, że poważnie zlekceważyłem swój obowiązek opieki nad młodszym bratem, a także złamałem zakaz wchodzenia na teren poligonu. Poczułem, że jestem w opałach, poza tym czułem oczywiście ciężar winy. Ale ojciec nie wymierzył mi kary cielesnej, lecz kazał mi stać całą noc przed domem i rozważać, ile trosk i problemów spowodowałem swym lekkomyślnym uczynkiem. Była zima, więc zmarznięty i upokorzony stałem przygnębiony wizją kłopotów, których przyczyniłem rodzicom.
Tę lekcję zapamiętałem do dziś. Przypominam ją sobie ilekroć coś szepcze mi, bym dał się ponieść emocjom. Trzeba zrozumieć, że moja rodzina wychowała od wielu pokoleń samurajów i mimo, że urodziłem się w Tokyo, a później tam przebywałem, musiałem w myśl posłuszeństwa ubierać się w tradycyjne kimono i geta. Każda rodzina samurajska wyznawała zasadę bezwzględnego posłuszeństwa i w ten sposób posłuszni, otrzymywaliśmy dobre lekcje jak postępować w życiu.

H: - Czy w dzieciństwie uczył się Pan sztuk walki?

N: - Tak. Zarówno w szkole średniej, jak i na wyższej uczelni praktykowałem kendo. Również w szkole podstawowej uprawiałem sport: pływanie, tenis, narciarstwo, lekkoatletykę. To pomogło mi później w treningu sztuk walki. W szkole średniej skoncentrowałem się na narciarstwie i kendo. Walkę mieczem ćwiczyłem aż do wstąpienia na Uniwersytet Takushoku.

H: -Jakie zajęcia odbywały się na Uniwersytecie Takushoku?

N: - Hm, z moim wstąpieniem na uczelnię to był duży zbieg okoliczności. Dostałem się tam z pierwszą lokatą i dzięki temu po raz pierwszy zobaczyłem mistrza Funakoshiego. Jak już to mówiłem, do czasów dziadka wszyscy mężczyźni w rodzinie byli nauczycielami fechtunku. Wówczas służyliśmy klanowi Sanada z Uedy, prowincja Shinano (prefektura Nagano). Dziadek zdecydował o wyjeździe do Tokyo, gdzie został chirurgiem. Mój ojciec Naotoshi kontynuował pracę dziadka zostając również chirurgiem i miał nadzieję, że ja także podejmę się tego fachu. Z tego powodu po zakończeniu szkoły średniej w Kanazawa (prefektura Ishikawa) przygotowywałem się do egzaminów na uniwersytet w Himeji (prefektura Hyogo). Wówczas to zdarzył się incydent mandżurski, w związku z czym wypełniając odgórne polecenia zapoznawaliśmy się z możliwościami zagospodarowania Mandżurii i Mongolii na potrzeby Japonii. Te studia zrodziły we mnie chęć odwiedzenia tych pięknych krajów. To pragnienie było tak silne, że wbrew woli ojca i bez jego wiedzy zdecydowałem się złożyć egzamin na Uniwersytet Takushoku (Takushoku - oznacza "kultywacja i kolonizacja"; uczelnię założono w 1900 roku specjalnie po to, by kształtować ludzi do przyszłej pracy na placówkach zagranicznych).
W czasie, gdy wstępowałem na uniwersytet, byłem już obeznany z technikami kendo mając w tej dziedzinie pięcioletnią praktykę. Gdy przybyłem na miejsce, jak najszybciej sprawdziłem rozkład zajęć, kiedy odbywają się zajęcia kendo. Sprawdziłem, ale gdy zjawiłem się o czasie okazało się, że musiałem pomylić godziny i w rezultacie trafiłem na grupę ćwiczących w dojo ludzi ubranych w białe uniformy i wykonujących dziwne ruchy. Szczególnie zadziwił mnie pewien potężny mężczyzna powtarzający skoki i kopnięcia w sufit spodnią częścią stopy. To on właśnie podszedł do mnie i oznajmił, że tutaj odbywa się trening karate. Powiedział też, że jeśli podoba mi się to, mógłbym poćwiczyć na następnych zajęciach. Czytałem coś niecoś o karate w gazetach, ale prawdę mówiąc nie wiedziałem o tym prawie nic. Postanowiłem postać chwilę i popatrzeć. Po paru chwilach w dojo pojawił się starszy pan, który zaczął uczyć studentów. Był wyjątkowo przyjazny, uśmiechał się do wszystkich, ale mimo tego nie można było mieć żadnych wątpliwości, że to on jest głównym instruktorem. Tego dnia po raz pierwszy zobaczyłem mistrza Funakoshiego i jego karate. Podobało mi się to bardzo, więc zdecydowałem, że spróbuję tego. Myślałem, że mając podstawy w kendo pójdzie mi łatwiej w nauce. Na moim pierwszym treningu doświadczyłem dwóch rzeczy.
Po pierwsze, zapomniałem o ćwiczeniu kendo, a po drugie odkryłem, że techniki karate wcale nie tak łatwo opanować. Od tego czasu dążę do stałego rozwijania i doskonalenia karate.

H: - Czy ktokolwiek z tych ludzi, z którymi zaczynał Pan ćwiczyć, nadal kontynuuje trening karate?

N: - Niestety, nikt spośród tych, którzy trenowali, gdy ja zacząłem poznawać karate, nie jest już w tej dziedzinie aktywnym. Większość z nich odeszła od nas i to jest bardzo smutny fakt, ponieważ przyćmiewali mnie swoją wspaniałą techniką i wielkimi zdolnościami. Ale tacy jak Kunio Endo czy Koji Matsumoto nie żyją już. Pozostałem sam.

H: - Jak wyglądał Pana trening u mistrza Funakoshiego?

N: - Sesje treningowe prowadzone przez mistrza Funakoshiego były bardzo konkretne i charakteryzowały się żelazną dyscypliną. Podczas zajęć sensei Funakoshi kazał nam opanowywać jedną technikę po drugiej, powtarzać każdą setki razy. Gdy wybierał dla nas kata, musieliśmy je powtarzać 50 lub 60 razy. Później intensywnie ćwiczyliśmy na makiwarze. Uderzaliśmy tak długo, dopóki nasze kostki nie były całkowicie skrwawione. Mistrz Funakoshi ćwiczył razem z nami. Doskonale pamiętam, jak swobodnie wykonywał tysiąc uderzeń. Trening był tak wyczerpujący, że z 60 adeptów, którzy razem ze mną zaczęli w 1932 roku, tylko 6 lub 7 przetrwało pierwsze pół roku. Reszta odpadła.

H: - Czy wówczas wszyscy trenujący nosili białe karategi, tak jak dziś?

N: - Wówczas, gdy zaczynałem, tak właśnie było, ale przedtem oczywiście nie. Strój, jaki dziś nosimy, został zaprojektowany przez mistrza Funakoshiego po jego przyjeździe do Japonii. Na Okinawie uczniowie nosili wersję tradycyjnego kimona, w którym spodnia część miała rozdzielone nogawki, a to oferowało szerszy zakres ruchów. Ten ubiór nazywany hakama do dziś jeszcze można spotkać w Japonii. W 1922 roku obowiązywały ścisłe reguły dotyczące podziału społecznego, gdzie różne klasy ubierały się stosownie do zajmowanej w hierarchii pozycji lub piastowanego stanowiska. Najwyżej stali samurajowie, po nich następowali właściciele ziemscy, dalej rzemieślnicy, artyści, kupcy.
Jeśli chodzi o karategi, to podstawowym założeniem mistrza Funakoshiego było stworzenie ubioru, który mógłby być noszony przez każdego ćwiczącego karate niezależnie od jego przynależności do klasy czy pozycji w społeczeństwie. Po namyśle zdecydował, że strój ten będzie kompilacją judogi i tradycyjnego ubrania hakama. Taki strój karatecy noszą do dziś. Ważny jest jego biały kolor symbolizujący czystość intencji osoby, która go nosi - to przesłanie pomogło przekonać o słuszności zrównania uczniów pod względem ubioru.

H: - Jak Pan sądzi, jaka jest najbardziej znacząca różnica pomiędzy dzisiejszym treningiem, a treningiem odbywanym tyle lat temu pod okiem mistrza Funakoshiego? Jak zmieniły się techniki, metody przez te lata?

N: - Podstawy nauczane przez instruktorów JKA są dziś takie same jak te, których nauczał sensei Funakoshi, gdy zaczynałem. Jednak metody służące nauczaniu technik oczywiście zmieniły się. Gdy mistrz przybył do Japonii, a nawet gdy nauczał mnie i moich rówieśników, jedynym elementem treningu były kata i ich elementy. Kata wprowadzono do nauki natychmiast i ćwiczący powtarzali poszczególne ruchy nieustannie dopóty nie opanowali ich w stopniu zadowalającym. Aby zdobyć zrozumienie technik podstawowych, ćwiczyliśmy w parach dokładne ruchy, wykonując ataki i bloki wzorowane na elementach wziętych z kata. Wszystko opierało się na opracowaniu ruchów kata i ich praktycznemu wykorzystaniu przeciw realnym atakom. Ten trening był bardzo ciężki i realistyczny. Pamiętam, że wiele nocy nie mogłem spać, ponieważ moje ramiona i pięści były tak obite od setek powtórzeń silnych bloków.
Jak już zaznaczyłem, żaden z moich starszych kolegów nie dożył dnia dzisiejszego, ale wszyscy oni znali tylko kata. To była jedyna rzecz, której mistrz Funakoshi ich nauczył. Ale już za moich czasów zaczęły się zmiany. Nauka karate zaczęła wchodzić do szkół średnich i następnie była kontynuowana przez całe studia. Choć uczono karate w szkołach podstawowych, to każdy uzyskiwał w nich jakąś wiedzę na temat sztuk walki zapoznając się z judo i kendo. Kendo poznałem w takiej szkole, moi koledzy kontynuowali ją później przez długie lata. Judo i kendo koncentrowały się na bliskim kontakcie z przeciwnikiem, na rzuceniu go lub uderzeniu mieczem. W ten sposób doświadczyliśmy bliskiego kontaktu z przeciwnikiem i poczuliśmy ducha walki. Później, podczas ćwiczeń karate, brakowało nam kontaktu. Sensei zrozumiał to i dlatego zaczął zmieniać metody treningowe. Potrzebowaliśmy jako młode pokolenie czegoś więcej, niż tylko kata i aby przyciągnąć takich jak my mistrz dostrzegł potrzebę zmian. Dzięki temu wiedział, że jego sztuka rozkwitnie. Wziął pewne elementy z kata i z technik tych stworzył formę gohon kumite. Uczył wykonywania pięciu kroków z jednoczesnymi powtórzeniami, gdzie występowało tyle samo ataków i bloków. Broniący po ostatnim bloku kontrował uderzenie. To obudziło w nas ducha walki na nowo i gdy broniący nie kontrował zasypywaliśmy go następnymi technikami. Wówczas był on zmuszony do improwizacji własnej obrony i próby kontry. Te ćwiczenia stały się podstawą do wprowadzonego później jiyu kumite. Była to naturalna konsekwencja ćwiczenia ze sobą w parach młodych ludzi pełnych energii. Krótko potem zaczęliśmy kihon ippon kumite. W tych ćwiczeniach atakujący zapowiadał w którą część ciała atakuje, po czym wykonywał najszybciej i najmocniej technikę. Broniący miał więc tylko jedną okazję, by wykonać prawidłowy, silny blok i skontrować. To ćwiczenie odkryło przed nami prawdziwego ducha karate, odkryło filozofię sztuki walki pokazując, że liczy się tylko jedno uderzenie i że nie masz dwóch szans. Wszystko musi być zrobione dobrze od samego początku, inaczej ginie się natychmiast. Oczywiście nie próbowaliśmy się zabijać, ale staraliśmy się wymusić na sobie perfekcyjność techniki, która rzeczywiście zatrzymała każdego w realnej sytuacji. Naturalnym kierunkiem rozwoju metod nauczania było jiyu ippon kumite, w którym przeciwnik znał pole ataku, ale nie wiedział z jakiego dystansu ani jaką techniką zaatakuje jego oponent. Ważne było to, że po raz pierwszy wprowadzono całkowicie inny od kata sposób rozwijania technik karate. Było to coś innego nawet od interpretacji kata. Cały pomysł z nauką kumite ukształtował się w ciągu 5 lat. Gdy w 1936 roku mistrz Funakoshi opublikował "Karate do Kyohan", włączył do książki opis podstawowych form sparingu - po raz pierwszy idea ta przedstawiona została szerszej publice. Wtedy zrodził się także pomysł ćwiczenia każdej techniki indywidualnie. Mistrz Funakoshi czuł, że każdy z nas powinien ćwiczyć techniki karate aż do uzyskania poczucia ikken hisatsu - to znaczy pewności zatrzymania przeciwnika jednym blokiem lub uderzeniem. Zaczęliśmy więc chodzić po sali wprzód i tył wykonując bloki i uderzenia od nowa i od nowa. Dziś jest to podstawowy sposób nauczania. Podczas tych pierwszych pięciu lat na uczelni mój trening składał się z trzech podstawowych elementów: kihon, kata i kumite.
Trening zacząłem 1932 roku, podstawowe kumite wprowadzono w 1933. W 1934 roku wprowadzono jiyu ippon kumite, a w 1935 jiyu kumite. W listopadzie 1936 roku założyliśmy Wszechjapoński Uczelniany Związek Karate i zademonstrowaliśmy naszą sztukę w Centrum Obywatelskim Tokyo. Po raz pierwszy publiczność obejrzała nowe zasady treningu karate: pokazaliśmy kumite - jak uczniowie rozwijają ideę walki od gohon kumite aż do jiyu kumite.
Wówczas nie posiadaliśmy własnego dojo karate. Mistrz Funakoshi prowadził swoje zajęcia na uniwersytetach, a także dawał prywatne lekcje nielicznym grupom. W naszym towarzystwie kilka osób pragnęło ćwiczyć bardziej intensywnie, niż było to możliwe na uniwersytecie, tak więc wieczorem zbieraliśmy się, by iść na nocny trening do mistrza. Na uczelni trenowaliśmy w południe i trwało to około 2 godzin. Wieczorem dodawaliśmy do tego 3 godziny w domu senseia. Tam miejscem ćwiczeń był przedsionek przed drzwiami frontowymi o podłodze z desek, kończący się małymi schodkami. Podczas wieczornych sesji Gichin Funakoshi i jego syn Yoshitaka siadali na podłodze, na skraju przedsionka, by nas uczyć. To była stara metoda edukacyjna, która mówiła, że sensei lepiej koncentruje się na uczniach siedząc nieruchomo. Czasem wstawał, by zademonstrować jakąś technikę, wyjaśnić jakiś szczególny aspekt ruchu. Później wracał na miejsce, gdzie potrafił czasem spędzać pełne trzy godziny siedząc w zamyśleniu. Nagle wstawał, znów coś objaśniał, pokazywał ważny detal takim jeszcze dziś go pamiętam.
Przedsionek w domu mistrza Funakoshiego był tak mały, że tylko grupka mogła się na nim zmieścić i odkąd przychodziliśmy tam i zostawaliśmy aż do zmroku, często zdarzało się, że jeden wpadał na drugiego. W tych czasach mistrz nie należał do tych, którym się powodzi, tak więc wielu uczniów dawało mu pieniądze. Dzięki temu, po jakimś czasie, mógł on powiększyć przedsionek, co odbyło się z korzyścią dla nas.

H. – Znany jest dobrze fakt, że mistrz Funakoshi napisał pierwszą książkę o karate "Karate do Kyohan", gdzie przedstawił zmienioną interpretację nazwy karate. Jak zmiana "chińskiej ręki" na "pustą rękę" została przyjęta przez ćwiczących karate i przez opinię publiczną?

N: - Znaki opisujące pojęcie karate były w latach trzydziestych dobrze znane, lecz ciągle odczytywano je jako chińską rękę. W 1935 roku mistrz Funakoshi napisał "Karate do Kyohan" i zaproponował nowe odczytanie znaków - pusta ręka - jako odpowiedniejsze dla natury karate jako sztuki - japońskiej. Ważniejsze jednak jest to, że pojęcie karate-jutsu jako odpowiadające technice zostanie zmienione na karate-do, drogę wojownika, która obejmuje jego całe życie. Te zmiany spowodowały niezwykłe poruszenie i zbulwersowały starszych, bardziej tradycyjnych mistrzów okinawskich, którzy sprzeciwiali się mocno na łamach gazet. Zapytywali, dlaczego chciał odłączyć karate od jego chińskich i okinawskich korzeni. Odpowiedź mistrza była bardzo logiczna. Stwierdził, że odkąd karate zjawiło się w Japonii i zostało zaakceptowane przez szerokie grono, przestało być tylko lokalną sztuką okinawską. Odpisał też, że karate przyjęto powszechnie i przybrało spore rozmiary jako zjawisko i dlatego winno być zrównane z kendo, najstarszą z japońskich sztuk walki, oraz judo, które było najpopularniejsze w tym okresie. Znaczenie znaku kara wziął z buddyjskiej tradycji, która mówi też o ku - co oznacza pustkę i określa wszechświat. Przez 2 lata toczyła się na łamach prasy korespondencyjna walka między okinawańczykami, a Funakoshim. Niemalże codziennie pojawiały się artykuły polemiczne, na które mistrz cierpliwie odpowiadał. Wreszcie jego przeciwnicy przejrzeli na oczy i poczuli dumę, że sztuka, którą uprawiają, święci takie tryumfy i że stała się główną sztuką walki w Japonii.

H: - To wtedy, sensei Funakoshi otworzył pierwsze dojo dla ćwiczących karate? Jak to się stało?

N: - Jego pierwsze dojo powstało dzięki wysiłkom jego uczniów, a wybudowano je rok po tym, jak ukończyłem Uniwersytet Takushoku. Najstarszy uczeń Funakoshiego, Kichinosuke Saigo, słynna na arenie politycznej w Japonii figura, zorganizował komitet zbierający datki na cele budowy dojo. W 1938 roku dojo powstało i było to pierwsze dojo karate w Japonii.

H: - Czy dojo mistrza odniosło sukces? Czy zostało dobrze przyjęte przez Japończyków?

N: - Ilekroć się nad tym zastanawiam, dochodziłem do wniosku, że rozwój Shotokanu podążał wyjątkową i do tego bardzo szczęśliwą ścieżką. Wszystkie początkowe wysiłki mistrz Funakoshi koncentrował na zapoznaniu z karate inteligencji japońskiej - lekarzy, prawników, wykładowców, nauczycieli, artystów. Rzeczywiście, ci ludzie spoglądali na tę sztukę z właściwego punktu widzenia i podchodzili do jej uprawnienia niezwykle poważnie. Ich ćwiczenia były wytrwałe i mozolne, ale w końcu, stając się bardzo dobrymi, stworzyli elitarny krąg najstarszych uczniów Funakoshiego, reprezentujący karate-do. Tak, więc gdy nastąpiło publiczne otwarcie dojo, widzowie obserwujący tę grupę odnieśli wrażenie, że karate jest sztuką ważnych i prawych ludzi. Członkowie tej grupy nie nauczali karate, w związku z czym w oczach obserwatorów stali się wzorcami idealnych uczniów. Wyizolowanie elity ćwiczących pozwoliło Funakoshiemu na użycie jej silnej bazy do rozwoju i propagowania karate, do demonstrowania filozofii karate-do. Ludzie ci mieli bowiem nie tylko wysoki poziom wyszkolenia technicznego, ale i silną podbudowę teoretyczną i filozoficzną. My wszyscy, jako starsi uczniowie, obserwowaliśmy z jakim podziwem młodzi patrzyli na tych wspaniałych karateków. Zachęcali ich też do gorliwego naśladowania i do prób rywalizacji. Wszystkie te działania i aspekty związane z formowaniem się szkoły Shotokan spowodowały, że na karate patrzono inaczej niż na większość sztuk walki. Wynikiem był szybki rozwój karate i przekształcenie się w ogromną organizację o zasięgu międzynarodowym.

H: - Jeśli już ten temat został poruszony, pozwolę sobie zapytać jak wielu członków JKA jest w tej chwili na całym świecie?

N: - Trudno mi podać w miarę dokładną liczbę, bo nie jestem administratorem federacji, lecz szefem komisji technicznej. Muszę się przyznać, że nigdy nie śledziłem liczby członków JKA. Mimo to podałbym szacunkowo liczbę 10 milionów zarejestrowanych karateków. Oczywiście trudno powiedzieć ilu z nich nadal czynnie uprawia karate. Ta z kolei liczba może wynosić od 2 do 6 milionów, ale może też być inna. Poza tym mamy też wielu ćwiczących na uniwersytetach, spośród których znaczna grupa nie została zarejestrowana, jako regularni członkowie JKA. Jedna rzecz, którą wiadomo z całą pewnością to ta, że organizacja stale się wzmacnia, jest aktywna i skupia miliony ludzi.

H: - Sensei, to właśnie Pan znajdował się w centrum zdarzeń podczas rozwoju karate na terenie Japonii. Jak dzisiejszy całościowy system ma się do tego, co realizował kiedyś mistrz Funakoshi, jak różnią się w tym względzie metody dzisiejsze i przeszłe?

N: - W trakcie moich studiów byłem rzeczywiście świadkiem opracowania i usystematyzowania karate Shotokan w trzech zasadniczych sferach, którymi są kihon jako podstawowy trening prostych technik, kata jako ćwiczenie kompleksowych form i kumite jako wolna walka. Sensei Funakoshi zaznaczył jednak zdecydowanie, że te trzy składowe karate składają się na jedną, nierozerwalną całość, a ich rozdzielenie doprowadza do wypaczeń karate. Oto teoretyczne podstawy, które stanowią karate jako sztuki walki. One położyły fundament pod systematyczny rozwój technik karate tak, aby stawały się coraz silniejsze. Rozwój odbywa się oczywiście zgodnie z pryncypiami nakreślonymi przez Gichina Funakoshiego. JKA trzyma się ściśle jego ideologii i filozofii, w ramach których rozwijamy ciało każdego człowieka coraz lepiej i lepiej.

H: - Czy to poszukiwanie wzmocnienia technik doprowadziło do wielu zmian samych technik?

N: - Przez ostatni okres nie zmienialiśmy wcale podstawowych wyznaczników określających techniki karate. Wyniki naszej działalności w tym czasie potwierdziły tylko nasze wyniki o właściwych kryteriach podstawowych, jakie narzucił mistrz Funakoshi. Są one słuszne także w świetle badań naukowych. Jeśli mówię o jakichkolwiek zmianach, to mam na myśli przepisy karate dotyczące zawodów sportowych w szczególności. Uznaliśmy za niezbędne określać sposób stosowania niektórych technik w kumite podczas turniejów. Nigdy natomiast nie zmienialiśmy zasad nadrzędnych kierujących treningiem karate i nie zamierzamy tego nigdy robić. Niektórzy nauczyciele, a nawet uczniowie zapoczątkowali zmiany, ale te działania są nie do zaakceptowania. Pewni ludzie na przykład mają mylne pojęcie, że współzawodnictwo w turniejach jest wszystkim, i temu podporządkowują swój trening karate. Chcą zdobywać medale, puchary, tylko do tego służy im karate - taka postawa jest skandaliczna, całkowicie zła. Karate Shotokan stworzone przez mistrza Funakoshiego opiera się na harmonijnym rozwijaniu najpierw technik podstawowych, później na rzetelnym i dogłębnym opanowaniu kihonu i różnych kata we właściwej kolejności, by na końcu sprawdzić się w konfrontacji z partnerem, czyli w kumite. Przeskoczenie lub ominięcie takiej drogi jest sprzeczne z duchem i tradycją karate.
Otóż zanim mistrz Funakoshi zmarł, zacząłem już opracowywać pomysł organizowania turniejów, sportowego karate. Gdy spytałem go o radę, odmówił komentarza. Martwił się wizją, że perspektywa startów sportowych odsunie wielu ćwiczących od prawdziwego źródła poznania i prawdziwej drogi karate-do. Jednocześnie wiedział, że arena sportowa najdoskonalej nadawała się do upowszechnienia karate na świecie. Pragnął upewnić się, że idea karate nie zostanie skrzywiona i że ciągle najistotniejsze będą dla ćwiczących główne zasady.
Dlatego ja, jako Główny Instruktor Japan Karate Association będę zawsze dopilnowywał egzekwowania podstaw u wszystkich praktykujących karate. Silna podbudowa, kihon i kata najpierw, potem kumite i turnieje.

H: -.Sensei, zanim przejdziemy do bardziej filozoficznych kwestii, chciałbym zapytać Pana o doświadczenia wyniesione z pobytu w Chinach, jak również o wpływ tego pobytu na uprawianie przez Pana karate.

N: - Tak, wiele lat spędziłem w Chinach i mój pobyt tam zmienił moje myślenie o sztukach walki w ogóle. Na Uniwersytecie Takushoku robiłem specjalizację z historii Chin i z języka (Mandarin) i w drugim roku zaplanowałem wyjazd do tego kraju. Podróż ta stała się dla mnie bardzo znacząca między innymi ze względu na wydarzenie, które miało miejsce pod koniec pierwszego roku studiów. Trenowałem już wówczas przez parę miesięcy. Wraz z kolegami postanowiliśmy się wybrać poza miasto na piknik. Tam zostaliśmy zaczepieni przez grupę chuliganów szukających rozrywki naszym kosztem. Bardzo szybko i bez zastanowienia zademonstrowałem im serie kopnięć i uderzeń karate. Byłem dumny z tego, że potrafiłem obronić siebie i moich kolegów, jednak gdy mistrz Funakoshi usłyszał o tym, wpadł we wściekłość. Otrzymałem ostrą reprymendę. Sensei powiedział mi, że wprawdzie fizycznie dobrze opanowałem stronę techniczną karate, to jestem jeszcze zupełnie niedojrzały od strony duchowej i emocjonalnej. Określił moje zachowanie jako nieodpowiedzialnego dziecka lub łotra. Prawdziwa odwaga, rzekł, leży w samodyscyplinie i powściągliwości. Znacznie większym osiągnięciem byłoby odejście z tamtego miejsca bez użycia siły.
Mistrz osiągnął taki efekt, że za cel mojego pobytu w Chinach postanowiłem odnaleźć w sobie samym dojrzałości umysłu. Od czerwca do września podróżowałem pieszo przez Mandżurię, przez góry Większy Khingan, aż do zewnętrznej części Mongolii. Codziennie ćwiczyłem karate, codziennie byłem wystraszony, głodny, samotny. Ale w tej samotności zacząłem odkrywać coraz większą ufność we własne siły. To pomogło mi wejrzeć w siebie, w moją osobowość, tak pokonałem moją samotność i strach.
W 1937 roku przybyłem do Pekinu w ramach wymiany studentów, by kontynuować moją pracę nad językiem chińskim, nad kwestiami socjologicznymi i historycznymi. I nie uwierzysz! Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłem w Chinach był boks chiński. Na początku wcale nie byłem zafascynowany chińskimi szkołami walki. Stosowano tam przede wszystkim ruchy obrotowe i wykonywane po łuku, nie rozwijano wcale kime jak w japońskim karate. Wydawało mi się, że ruchom tym brakuje siły. Jednak w miarę upływu czasu musiałem przyznać wielką wartość chińskim sztukom. Historia Chin jest długa i skomplikowana i taka też jest historia chińskich sztuk walki. Gdy kiedyś zobaczyłem instruktora ze złamaną ręką po wykonaniu okrężnego bloku, który wydawał się być słaby, zdecydowałem, że muszę je głębiej poznać. Zacząłem więc studiować je, a studia te kontynuowałem przez prawie 10 lat.
Trenowałem ciężko z wieloma nauczycielami, a odkąd zdecydowałem się pokazać im karate, którego jeszcze przedtem nie widzieli stałem się pośród nich znany. I gdy z Japonii przysłano ekipę, by nakręcić film o chińskich sztukach walki, sifu z całych Chin przybyli na pokaz, a mnie poproszono o tłumaczenie. Chińscy mistrzowie nalegali także, bym zademonstrował karate, co musiałem w końcu uczynić. W moim występie podkreśliłem kime, i znaczenie kata.
Gdy Japonia i Chiny stanęły na krawędzi wojny, powszechne stały się licytacje gazet w obu krajach na temat wyższości rodzimych systemów walk. Japończycy twierdzili, że chińskiemu boksowi brakuje zdecydowanie szybkości i kime i że nie jest on efektywny w walce. Zaatakowani odpowiadali, że karate wprawdzie jest i szybkie i nadzwyczaj mocne, ale jako zupełnie nowa szkoła nie posiada silnej filozofii, głębi, wyrafinowania i subtelności. Odkąd ja uczyłem chińskich studentów karate, a ci mnie kung-fu i tai-chi, uważaliśmy całą tą sprawę za bezsensowną. Moje własne odczucie było takie, że gdy techniki karate zasadzają się na gromadzeniu w ciele ogromnej energii, którą wypuszcza się w jednym momencie jak eksplozję, by zmieść natychmiast oponenta, to kung-fu i inne szkoły rozkładały wydatkowanie energii na powolne osłabienie przeciwnika, by gdy już opadnie z sił zadać mu kończący cios. Mimo różnic widocznych w zewnętrznych aspektach kultury zafascynowało mnie wspólne, niezależne rozwinięcie sztuk walki osadzonych korzeniami głęboko w tradycji i mentalności obu narodów, wspólna podstawa filozoficzna człowieka szukającego w ekspresji siły fizycznej odwzorowania wnętrza i perfekcji umysłu. To dla mnie jest najważniejszym wnioskiem.
Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie mówię, że chińskie sztuki walki są złe czy słabsze. Długo trenowałem z mającym około 80 lat sifu o imieniu Pai. Był on słynny w Pekinie i nie tylko, demonstrował rewelacyjne techniki nożne. Potrafił się doskonale i błyskawicznie bronić, a każdy cios, zdawało się, jest wstanie zablokować na przykład owijając swoją nogę wokół ramienia. Przypatrując się jego technikom postanowiłem wykorzystać dwie z nich w karate. Mistrz Funakoshi włączył je po moim powrocie do Japonii. Były to ura-mawashi-geri i teisoku-geri.

H: - Jak długo pozostawał sensei w Chinach?

N: - Aż do 1946 roku. Spędziłem 5 lat na uniwersytecie w Pekinie i kilka następnych pracując dla rządu chińskiego.

H: -Warunki życia w Japonii w 1946 nie były dobre, nieprawdaż?

N: - Były straszne! Po powrocie naiwnie myślałem, że będę mógł pracować ucząc chińskiego, ale cały kraj pogrążony w ruinie i wszelkie wysiłki koncentrowały się na powojennej odbudowie. Niewiele prac akademickich wówczas wykonano. Pracowałem więc jako sprzedawca, co w jakimś stopniu zapewniło mi byt.
Jedną z pierwszych rzeczy, jaką zrobiłem po powrocie do Tokyo było odnalezienie moich starych przyjaciół i towarzyszy z dojo. Ale tak wielu z nich zginęło podczas wojny! Ci, którzy przeżyli, w większości już nie trenowali. Tych aktywnych postarałem się jak najszybciej zebrać i odnowić treningi. Moje szczęście w czasie wojny polegało na tym, że mogłem swobodnie trenować w Chinach.

H: - Czy trenowanie w Japonii, sztuk walki tuż po wojnie było niezgodne z prawem?

N: - Bezpośrednio po wojnie tak. Ale edykt Głównego Dowodzenia Sił Zbrojnych (GHQ) zakazywał karate jako podsystemu istniejącego w judo.
Miałem przyjaciela, który znał szefa Biura Edukacji w Ministerstwie Edukacji i ten człowiek pomógł nam przekonać aliantów, że karate nie ma nic wspólnego z judo. Używając przesłanki, że karate jest odmianą chińskiego boksu, sportem, otrzymaliśmy pozwolenie na praktykowanie naszej sztuki.
GHQ myślało, że karate to tylko niegroźna rozrywka. I tak, podczas, gdy inne sztuki nie mogły się rozwijać aż do 1948 roku, my mogliśmy trenować i propagować karate bez przeszkód.

H: - Kiedy oficjalnie zorganizowano JKA?

N: - Oficjalnie założyliśmy organizację w maju 1949 roku, a w 1955 JKA stało się ciałem w Ministerstwie Edukacji.

H: - Sensei, w Stanach Zjednoczonych nauka karate rozpoczęła się w latach pięćdziesiątych za sprawą powracających z Japonii amerykańskich żołnierzy. Oni stawali się w USA pierwszymi nauczycielami. Jak oceniałby Pan ich wkład w rozwój karate w Ameryce?

N: - Tak naprawdę historia amerykańskiego karate związana jest z decyzją Dowództwa Sił Powietrznych (SAC), by uczyć amerykański personel japońskich sztuk walki. W 1951 roku SAC wysłał 23 instruktorów wychowania fizycznego do Kodokanu w Tokyo w celu przestudiowania różnorodnych stylów walki pod kierunkiem doświadczonych nauczycieli japońskich. Ten program kontynuowano przez 15 lat i stąd bierze się znaczna liczba tych, którzy poznali właściwe zasady karate, judo, aikido i innych sztuk walki. W ten sposób oczywiście największy wkład w początkowym zapoznaniu z karate mieli uczestnicy tego programu. Ja największą korzyść w kontaktach z Amerykanami widzę jednak w tym, że to oni zmusili nas do znalezienia dróg objaśnienia karate ludziom spoza Japonii. Szybko stało się zarówno dla mistrza Funakoshiego jak i dla mnie jasne, że jeśli zechcemy nauczyć ich karate, będziemy też musieli dostarczyć teoretycznej bazy o sztuce. Amerykanów nie przekonywała prosta argumentacja, że należy podążać słuszną drogą tradycji, tak, jak to robili Japończycy. Tak więc, pod kierunkiem mistrza Funakoshiego, rozpocząłem intensywne studia kinetyki, fizjologii, anatomii i higieny. Wierzyliśmy, że przez naukowe ugruntowanie podstaw karate w połączeniu z mechaniką ciała zaprezentujemy bardziej zrozumiały dla obcych wizerunek naszej sztuki. Mieliśmy rację, ale poznaliśmy też wiele szczegółów, z których nie w pełni zdawaliśmy sobie sprawę. Tak to dzięki Amerykanom lepiej poznaliśmy samych siebie i nasze karate.

H: - Czy te, studia miały jakiś wpływ na rozwój Programu Kształcenia Instruktorów opracowany przez JKA?

N: - Tak, rzeczywiście miały. Kiedy mistrz Funakoshi przybył do Japonii, był jedynym predysponowanym do przekazywania swojej wiedzy. Później, gdy Kenwa Mabuni przywiózł Shito-ryu karate do Osaki, karate stawało się coraz popularniejsze, było całe mnóstwo trenujących. Tak szeroka popularność doprowadziła do niefortunnej sytuacji, gdy niektórzy zaledwie z sześciomiesięcznym stażem treningowym pod kierunkiem mistrza Funakoshiego lub mistrza Mabuni lub kogoś innego zakładali własne szkoły, a nawet style. Działaliśmy w ramach JKA organizując się w 1949, a wchodząc w skład Ministerstwa Edukacji w 1955 roku i w tym czasie istniało około 200 tak zwanych styli karate. Ludzie nie wiedzieli, komu wierzyć, a komu nie. Naszym zadaniem stało się więc ustalenie kryteriów określających, kto ma prawo nauczać karate. Standardy te zostały przyjęte przez Ministerstwo Edukacji jako obowiązujące.
W ten sposób pod kierunkiem Gichina Funakoshiego zacząłem tworzyć Program Kształcenia Instruktorów. Uznałem, że stopień w karate nie może być jedynym kryterium do przyznania praw instruktorskich. Ważne było przecież to, że nauczyciel musi wiedzieć jak przekazać swoją wiedzę. Tak więc od przyszłego instruktora wymagać należało choćby powierzchownej wiedzy z zakresu filozofii, anatomii, psychologii, gospodarowania itp. To było wielkie zadanie do przeprowadzenia i w tym dziele często szukałem pomocy i rad najstarszych uczniów. Wielki wkład w ten program mieli Motokuni Sugiura, Teruyuki Okazaki i inni doświadczeni instruktorzy.

H: - Sensei, wielu spośród trenujących karate poza Japonią nawet przez ­wiele lat, ma kłopoty z wyjaśnieniem swoim uczniom podstawowej filozofii karate i sztuk walki w ogóle. Chciałbym zadać panu pytania o naturze filozoficznej i, jeśli to możliwe, uzyskać odpowiedzi, które pozwolą nam wszystkim pojąć te kwestie lepiej i dokładniej.

N: - Proszę bardzo, spróbuję.

H: - Na podstawie większej części literatury dostępnej w Ameryce i w Europie można stwierdzić, że karate-do łączy się ściśle z filozofią buddyjską i zen, mając mniej wspólnego z shinto, które to wyznanie jest zdecydowanie najznaczniejszym w Japonii. Czy ten wniosek można uznać za słuszny i jeśli tak, to dlaczego?

N: - Jeśli ktoś odnosi takie wrażenie jest w błędzie. Sztuki walki w Japonii, niezależne od buddyzmu czy shinto, mają bardzo długą historię, a ich filozofia tkwi korzeniami we wszystkich aspektach życia. Karate to swoista droga życia wojownika i jak kendo, judo i wiele innych, jej charakter wypływa ściśle z uwarunkowań kultury japońskiej. W odległych w czasie wojnach instynkt przeżycia za wszelką cenę został odrzucony na rzecz wyboru między zabiciem przeciwnika a własną śmiercią. Tak musiał postąpić każdy wojownik. To jest bardzo naturalne i proste. Stąd japońscy wojownicy wywiedli regułę nazywaną heijo-shin koro michi i ta reguła jest podstawą sztuk walki. Oznacza to, że wojownik musi dążyć do tego, by jego zachowanie i nieustanne opanowanie ukrywało poprzez swą niezmienność niezależnie od tego, co ma on zamiar uczynić lub komu stawiać czoła. Czy załatwia swe codzienne interesy czy idzie walczyć na śmierć i życie, musi być na zewnątrz wciąż taki sam, cichy, pewny siebie, niezachwiany, a wewnątrz stale czujny. W danych czasach filozofie buddyzmu, shinto i konfucjanizmu rozwijały się w Japonii, a ludzie walki studiowali je, by znaleźć sposób na najlepsze rozwinięcie zasady heijo-shin koro michi w praktyce. Wszystko po to, by przygotować swój umysł na dowolne możliwe sytuacje. Niektórzy z nich zajmowali się zen, inni buddyzmem - wszyscy jednak patrzyli na te systemy filozoficzne z jednej perspektywy. Wybór konkretnej religii czy filozofii był kwestią osobista, ale każdy z nich myślał nade wszystko o celu swych poszukiwań - idealnym heijo-shin koro michi.
Wiem, że na zachodzie wiele usiłuje się tłumaczyć poprzez aspekt religijny, filozoficzny lub inny, ale trzeba się bliżej i bardziej kompleksowo przyjrzeć japońskiej kulturze. Tam znajdzie się, jestem przekonany, heijo-shin koro michi - mentalność wojownika nadrzędną zasadą, jaką się kieruje, która przenika wszystko i jest w istocie powszechnym składnikiem kultury. Noh i kabuki, na przykład, oparte są na filozofii budo. Wymagają one wytrzymałości umysłu, aktor nie może popełnić żadnego nawet najdrobniejszego błędu. Ta sama zasada obowiązuje w budo. Jest tylko jedna szansa, by wykonać swoje zadanie dobrze, by wykonać poprawną technikę. Pomyłka nie może być już naprawiona. Jeśli coś robisz źle, giniesz. Tę prawdę odkrywa się zwłaszcza w kabuki.
Inny mylny ślad wskazujący na większy wpływ na karate zen niż shinto jest taki, że buddyzm posługuje się specyficznymi formami i działaniami związanymi z medytacją, a shinto nie ma takich form zewnętrznych. Shinto opiera się na rodzinie i na czci oddawanej przodkom. Rytuały w shinto nie są bardzo ściśle określone. W związku z tym pewne formy i postawy można wyjaśnić tylko w obrębie jednego systemu wartości, gdyż w drugim one w ogóle nie istnieją. Dlatego być może buddyzm, jako bardziej sformalizowany system, łączy się w oczach nie-Japończyków bardziej ze sztuką walki niż shinto.
Jeśli karatecy, czy ludzie zainteresowani, przestudiują szczególnie uważnie główne idee zawarte w noh, kabuki i cha-no-yu (rytualne picie herbaty) pojmą, że heijo-shin koro michi, filozofia wojownika, jest najbliższa tym sztukom, a buddyzm nie jest źródłem, z którego wypływa.

H:- Czy Yamato damashi (japoński duch walki) odnosi się w szczególny sposób do karate-do, a jeśli tak to, czy ludzie wychowani w innej kulturze są w stanie odrzucić tego ducha? Mówiąc prościej, czy aby zrozumieć karate-do trzeba pojąć Yamato damashi?

N: - Yamato jest określeniem używanym dawniej przez nasz naród w odniesieniu do Japonii, zanim zaczęto używać słowa Nippon. Yamato damashi oznacza - japońskie serce ( Nippon no kokoro) lub japońskiego ducha.
A przecież każdy naród, każdy kraj ma swoje serce, właściwego sobie ducha. Można, więc mówić o America no kokoro albo America no damashi. Dla Japończyków pojęcie to związane jest z ideałem samuraja i jego oddaniu w służbie swojego pana, daimyo. Kimś postawionym najwyżej w hierarchii jest cesarz, po nim następuje shogun, daimyo i samuraj. To zespół zależności, w którym samurąj ofiarowuje całego siebie swojemu daimyo, ten służy z całych sił shogunowi, a shogun jest podległy woli cesarza. Duch tego systemu tkwi w poświęceniu siebie bez reszty, w zrezygnowaniu z osobistego dobra na rzecz swego władcy, w konsekwencji cesarza i ojczyzny.
Duch amerykański będzie z pewnością inny, ale wyrazi się w momentach kryzysowych w ten sam sposób. Na przykład podczas wojny także Amerykanie poświęcali samych siebie dla dobra narodu, dla dobra kraju. Mieli tego ducha, który gromadził ich wokół wspólnego celu i pozwalał im pokonać przeciwnika.
Każdy naród wykształcił swojego własnego ducha, i często, by osiągnąć powszechne dobro, wiele jednostek ofiaruje życie. Na tym polega lojalność i miłość do ojczyzny. Chociaż ludzie w różnych krajach mają bardzo różną mentalność, wszyscy oni mają swą dumę i czują odpowiedzialność za wspólne dobro. Niektórzy czynią to dla władcy, inni dla premiera, prezydenta lub w ogóle z innej przyczyny.
Pojęcie Yamato damashi odnosi się szczególnie do ducha japońskiego, więc ludziom innej narodowości zrozumienie tego nie jest konieczne, by pojąć i poczuć sens budo. Budo no kokoro, duch budo, wytwarza w człowieku takie samo nastawienie do życia i jego wartości, ale nie jest ograniczony w swym zasięgu narodowością czy przynależnością rasową. Może być interpretowany bardzo uniwersalnie i w połączeniu z indywidualnymi wartościami kulturowymi i historycznymi oraz z potrzebami poszczególnych ludzi rodzi się równie silny. Każdy przyjmujący z rozmysłem filozofię budo, jako swoją, rozwija swoje narodowe damashi, w ten sposób odkrywa też wiele aspektów dotyczących własnej kultury i historii, poznaje lepiej własne tradycje. To bardzo istotny składnik treningu budo.

H: - Jak strategie walki, sen-no-sen i go-no-sen odnieść do słynnej maksymy mistrza Funakoshiemu – „Karate ni sente nashi (karate nie atakuje pierwsze)?

N: - W serii moich książek pod tytułem "Best Karate", w tomach 3 i 4 na przykładzie technik prezentowanych przez lidę pokazałem właściwy sposób realizacji go-no-sen, a Oishiego świetny sposób egzekwowania zasady sen-­no-sen. Terminy te odnoszą się ściśle do technik walki. Tymczasem karate ni sente nashi nie ma nic wspólnego z techniką. Jest to raczej opis stanu ducha, który powinien zawsze towarzyszyć ćwiczącym. Jest to wyrażenie własnego opanowania i powstrzymywania się od walki.
„Karate ni sente nashi"- oznacza dosłownie, że karate nie atakuje nigdy pierwsze.
Ale tłumaczy się to w ten sposób, że karateka nigdy nie sprowokuje walki, nie wykona pierwszego ruchu, który zainicjowałby spór. Mistrz Funakoshi zawsze powtarzał, że powinien nas obowiązywać ścisły zakaz używania technik karate bez poważnej przyczyny. W technice ta zasada odwzorowana jest tym, że każdy trening, każde kata zaczyna się od bloku, a nie ataku. Maksyma ta oznacza także, że karateka powinien unikać nie tylko prowokacyjnych zachowań, ale i miejsc, w których łatwo znaleźć przymus do użycia siły. Jeśli trenujący wchodzi na przykład do lokalu, w którym walki są częste i nagle zmuszony jest posłużyć się technikami karate, oznacza to, że nie pojął on zasady karate ni sente nashi. To on jest winnym powstania takiej sytuacji, gdyż mógł jej uniknąć nie wchodząc tam. Karate ni sente nashi jest wolą ćwiczącego, aby między wszystkimi ludźmi nastała harmonia. W kata Kanku-Dai to pragnienie harmonii wyrażone jest poprzez pierwszy ruch, niespotykany w innych kata i nie mający bezpośrednio nic wspólnego z obroną czy atakiem. Ręce wznoszą się złączone ponad głowę, wnętrza dłoni skierowane na zewnątrz, i karateka patrzy na niebo poprzez otwór obramowany palcami wskazującymi i kciukami. Ten ruch wyraża identyfikację człowieka z naturą, spokój umysłu i ciała oraz owo pragnienie harmonii. Gdy przyjrzeć się kwestiom technicznym zagadnienia, o którym mówimy, to go-no-sen jest zasadą obserwacji zbliżającego się ataku i reakcją nań poprzez wykonanie bloku i kontrataku. Sen-no-sen oznacza, że nie dajemy przeciwnikowi szansy na przeprowadzenie ataku i uderzamy zdecydowanie. Ale opis tych dwu technik dotyczy sytuacji już w walce opisując stan psychiczny karateki. Na przykład kot polujący na mysz praktykuje zawsze sen-no-sen, nie dając jej czasu na reakcję.

Ten natychmiastowy atak jest egzekwowaniem zasady sen-no-sen. Go-no­-sen nie ma dla kota żadnego znaczenia dopóki, dopóty nie zostanie on zaatakowany przez ważącego 40 kilogramów psa.

Posłużyłem się tą analogią, by wskazać, że żadna z tych strategii nie jest lepsza od drugiej. Wszystko zależy od sytuacji i indywidualnego stanu psychicznego. Jeśli spotkają się dwaj oponenci, jeden znakomity w sen-no-sen, a drugi w go-no-sen, niemożliwe jest przewidzenie wyniku starcia. Obie zasady są równie ważne i równie efektywne.

Uzupełnieniem zasady - "karate nie atakuje pierwsze" jest inna zasada - "w karate nie istnieje postawa walki". To zdanie ma związek z praktykowaniem karate i z zastosowaniem go w rzeczywistych sytuacjach. Każdy ćwiczący karate nie powinien spinać się i usztywniać ciała. Winien być w pogotowiu, ale zrelaksowany tak, by jego reakcja mogła być jak najszybsza. W Japonii porównuje się giętkie cienkie drzewo bambusowe, które przetrwa każdy kataklizm, do sztywnego, grubego dębu, który pęknie i skruszy się, mimo, że wygląda tak okazale.

W tym znaczeniu relaksacja nie oznacza braku uwagi czy wyczulenia zmysłów. Często tłumaczę uczniom, że istnieje postawa psychiczna, mentalna, nie ma natomiast postawy ciała. Jednak bardzo doświadczeni karatecy powinni utrzymywać wewnętrzną harmonię i spokój nie narzucając sobie ani nastawienia psychicznego, ani też tym bardziej nastawienia ciała.

Niezwykle trudno to osiągnąć, lecz jest to niezbędne, by stać się prawdziwym mistrzem karate-do. W budo ta idea wyrażona została w siedemnastym wieku przez buddystę Takuana w jego słynnym liście do znakomitego fechmistrza Yagyu Munenori. Takuan napisał Yagyu, że jeśli w umyśle wojownika znajdzie się miejsce na obserwację ruchów przeciwnika, to ruchy przeciwnika opanują jego zmysły. Oznacza to, że jeśli rozprasza się własną uwagę na takie sprawy jak klinga przeciwnika, własne ostrze, dążenie do przecięcia wroga, strach przed byciem ciętym ostrzem wroga, porażka jest nieunikniona, gdyż oddalmy się od najistotniejszego aspektu walki. Umysł powinien być, mówi Takuan, całkowicie zharmonizowany z ciałem i działać bez udziału świadomości nie koncentrując się też na niczym konkretnym. Wtedy będziemy zawsze nawet podświadomie wyczuwać zagrożenia i reagować na nie. Nasz umysł bez udziału naszej woli pokieruje sprawniej ręką, nogą, całym ciałem. Takuan mówi, że jeśli twój umysł nie jest nigdzie, to znaczy, że jest wszędzie.
Stąd bierze się łączność karate z zen. "Kara" z wyrazu karate bierze się z buddyzmu Mahayany i może być także wymawiane jako "ku", słowo oznaczające pustkę, nicość. Odwołuje się to, więc do stanu, w którym odrzuca się wszelkie nadrzędne reguły i podziały, na dobro i zło, iluzję i rzeczywistość. Ma to w myśl filozofii buddyjskiej wzmacniać etykę osobistą i sprawiać, że wybór dobra lub zła odbędzie się drogą naturalną. Wiem, że to trudne, ale musimy pozwolić naszemu umysłowi kierować za nas, działać naturalnie nie bacząc na nasze emocje. Na przykład, gdy pierwszy raz siadamy za kierownicę samochodu, musimy zwracać uwagę na wszystkie detale związane z prowadzeniem. Po pewnym czasie uzyskujemy tę sprawność, która pozwala na automatyczne, naturalne wykonywanie czynności związanych z kierowaniem.
Taki sam proces następuje w treningu karate. Gdy zaczynamy ćwiczyć, nie mamy ani techniki ani odpowiedniego nastawienia umysłu. Kiedy zostajemy zaatakowani, reagujemy naturalnie, zasłaniając się przed ciosami przeciwnika lub odwracając od niego w miarę coraz głębszych studiów techniki i taktyki walki uczymy się planować naszą obronę i kontratakować. To jednakże odbiera nam spontaniczność reakcji i umysł zaprzątnięty zostaje rozwijaniem planu walki. Po wielu, wielu latach techniki karate stają się integralną częścią naszego zestawu zachowań tak, że wykonujemy je w konkretnej sytuacji nie zastanawiając się nad ich specyfiką. Oczywiście znów po kilku, kilkunastu latach, osiągamy coraz większą sprawność i tak dalej w miarę kroczenia drogą karate.
Czas potrzebny do osiągnięcia stanu umysłu, w którym jest on wszędzie, choć nie ma go nigdzie, to pełen okres życia niezależnie od tego jak długo to życie trwa.

H: - Jak więc w takim razie określić go-no-sen w karate w zestawieniu z zawartą w bujutsu ideą zwaną satsui o kanjiru?

N: - Satsui o kanjiru oznacza dosłownie "być w nastroju do zabijania", a odnosi się do sytuacji, w której samuraj, schowany, będzie oczekiwał na przechodzącego nieprzyjaciela. Nie jest to jednak czekanie, aż on się pojawi. Jest to bardziej wyczucie bliskości oponenta i zabicie go, zanim walka się zacznie. Samuraj oczekuje przeciwnika w ukryciu, nie widząc go i wyczuwa, w jakim momencie najdogodniej uderzyć. Jeśli nadchodzący wojownik praktykuje go-no-sen powinien również wyczuć atak i bronić się skutecznie.

H: - Bardzo słynny mistrz kendo, Yamada Jirokichi, powiedział, że współczesne dyscypliny budo takie jak judo czy karate-do czynią z ludzi specjalistów w bardzo wąskich dziedzinach, w ograniczonym zespole technik. Stwierdził, że trenują oni tylko z jedną bronią lub w ogóle bez nich, jak właśnie w karate-do i że dzisiejszych mistrzów nie można porównać ze starymi. Jeśli to prawda, to dlaczego w Shotokanie nie naucza się posługiwania różnego rodzaju broniami, by wzbogacić umiejętności ćwiczących?

N: - Myślę, że ten zarzut przez pomyłkę postawiony treningowi budo powinien się odnosić do treningu bu-jutsu. Poznawanie bu-jutsu w czasach feudalizmu zapoznawało wojownika z szeroką gamą broni i uczono posługiwania się nimi. Było to bardzo skuteczne, gdy ci ludzie mieli spotkać na polu bitwy regularne oddziały. Celem budo nigdy nie było opanowanie szerokiej wiedzy w wielu sztukach walki. Celem budo jest wykształcenie perfekcyjnego w jednej dziedzinie wojownika i wejrzenie głęboko w samą istotę życia, istotę egzystencji.
Mistrz Funakoshi, gdy był na Okinawie, oczywiście studiował wiele broni jak na przykład sai, bo i nun-chaku. Ale gdy zdecydował się uczynić z karate-justu karate-do, poszedł drogą innych sztuk budo. Przeanalizował karate pod kątem użycia istniejących broni i technik obrony przed nimi i stworzył system, który po dokładnym przestudiowaniu daje wielkie zrozumienie pracy własnego ciała, samoobrony i podobnych zagadnień. Jeśli celem budo jest podążanie głęboko w sferę życia, wtedy ten kierunek ma swój głęboki sens. Jeśli pomyśleć logicznie, to nie starczy życia na dokładne poznanie kilku sztuk walki, nie mówiąc już o większej liczbie. Możliwym jest posiadać dużą wiedzę w wielu dziedzinach, ale nie jest możliwe perfekcyjne opanowanie ich wszystkich. My koncentrujemy się na technice karate i próbujemy z niej uczynić technikę mistrzowską, prawdziwie perfekcyjną.
W ten sposób uczy się dziś medycyny. Lekarz może dobrze znać większość zagadnień związanych z ludzkim zdrowiem, a nawet być dobrym praktykiem, ale nie może być mistrzem we wszystkim. Nie może być specjalistą w onkologii, stomatologii, ginekologii, psychologii, chirurgii, anestezjologii i jeszcze pięciu innych gałęziach medycyny. W budo zasada jest identyczna, Musimy osiągnąć znakomite opanowanie własnego ciała i umysłu, poznać mechanizmy działania i techniki podstawowe, a potem decydujemy się studiować konkretną szkołę walki.
Pana pytanie jest bardzo istotne, bowiem istotne jest zrozumienie różnicy między bu-jutsu i budo. W okresie pre-Tokugawa samurajowie powszechnie studiowali bu-jutsu. Później, w okresie Tokugawa spośród sztuk wysublimowano sztuki indywidualne takie jak miecz, włócznia. Celem było poszukiwanie w obrębie tych dziedzin ideału, perfekcyjnego wykonania, było podniesienie do najwyższego możliwego poziomu jakości danego systemu.
Ta sama rzecz miała miejsce na Okinawie, gdzie przedtem starzy chińscy mistrzowie ćwiczyli wszystko począwszy od uderzeń i kopnięć, a skończywszy na rzucaniu nożem. Wreszcie drogi specjalistów w swoich sztukach walki rozeszły się.
Innym ważnym aspektem jest to, że wszystkim sztukom budo przyświeca ten sam cel i że wszystkie one mają podobną formę. Warto zwrócić uwagę na fakt, że nauczanie walki przy pomocy bo, sai czy nawet miecza przypomina w formach ruchy nauczane w karate, dlatego zarówno mistrz Funakoshi jak i ja ćwiczyliśmy z użyciem broni i nie sprawiało nam to wielkiego problemu. Jeśli ktoś opanuje mistrzowsko jedną z dziedzin budo, nie będzie miał problemów z innymi. Chciałbym podkreślić, że nie ma nic złego w trenowaniu innych styli walk, z bronią czy bez niej, ale trzeba mieć stale na myśli swoją budo i prosto nią zmierzać. Nigdy nie należy zapominać o celu treningu budo. Jeszcze raz powtórzę, że najlepiej jest uprawiać jedną dziedzinę aż do osiągnięcia w niej całkowitej biegłości.

H: - Wiemy, że w karate Shotokan jest 15 podstawowych kata: pięć Heianów, 3 Tekki, Bassai-Dai, Kanku-Dai, Jion, Jutte (Jitte), Empi (Enpi), Hangetsu i Gankaku. Jednak karatecy JKA ćwiczą także inne kata. W niektórych szkołach Shotokanu naucza się też Taikyoku i Ten-no-kata. Czy mógłby Pan powiedzieć, skąd pochodzą pozostałe kata i dlaczego zdecydowano się włączyć je do kata praktykowanych w JKA?

N: - Dokładne źródła wielu kata są zagubione w mrokach historii. Kata dziś nazywane Kanku-Dai kiedyś nazywało się Kushanku. Takiego kata uczył się mistrz Funakoshi i w takiej formie przekazał je nam. Ale wywodzi się ono od Koshukon i wierzy się, że to chiński dyplomata przywiózł je na Okinawę, gdzie go nauczał. Wielu ludzi poznało kata, lecz później każdy z nich poszedł własną drogą przekształcając kata według własnych potrzeb i pod kątem sztuk walki, jakie zdecydowali się uprawiać. Zmiany sięgnęły w niektórych przypadkach bardzo głęboko, czy to ze względu na szczególne cechy i uwarunkowania fizyczne nauczyciela, czy ze względu na potrzeby jakim kata miało służyć niektórym mistrzom. W ten sposób powstały liczne wersje kata Koshukon, z których wiele istnieje do dzisiaj.
To samo dotyczy kata Bassai-Dai. Jest nawet więcej odmian Bassai niż Koshukon. Słynny mistrz Matsumura znany jest z opracowania i rozwinięcia Bassai, od niego też spora grupa ludzi nauczyła się tego kata. I znów tą samą drogą powstało mnóstwo wersji, których doliczyć się można nawet stu. Mistrz Funakoshi wybrał formy, które uznał za najwłaściwsze i najefektywniejsze i te kata praktykowaliśmy. Tak więc kata Kanku-Sho i Bassai-Sho są tylko lepiej znanymi od innych odmianami Kanku i Bassai. Sposób w jaki inne kata przeniknęły na sale treningowe między ludzi ćwiczących pod okiem Gichina Funakoshiego było tylko i wyłącznie kwestią natury człowieka, nie poparte niczym głębszym. Najstarsi uczniowie mistrza Funakoshiego, którym przewodził jego syn, Yoshitaka, od czasu do czasu ćwiczyli inne, poznane gdzie indziej kata, którymi my, młodsi, byliśmy zafascynowani. Próbowaliśmy ich naśladować i poprosiliśmy, aby nas uczyli. Zgodzili się na to, jednak zastrzegli się, że wprawdzie nie ma nic złego w treningu innych form karate, to największy wysiłek należy włożyć w opanowanie podstawowych piętnastu kata, których dobra znajomość wystarczy, by stać się prawdziwym mistrzem. Przestrzegali, byśmy nie lekceważyli tych kata, których uczył mistrz Gichin Funakoshi.
Kata rozwinięte i wprowadzone przez senseia Yoshitakę to na przykład Sochin. Sochin był jego ulubionym kata i od niego właśnie się go uczyliśmy. Ale nie należy ono do piętnastu wybranych.
Mistrz Funakoshi tłumaczył naszą chęć poznania innych kata prawdopodobnie młodzieńczością i nie widział w tym czegoś szkodliwego dla kata, jednak twierdził, że choć użyteczne, nie są to kata zasadnicze. Pewne kata zostały włączone w system JKA, ponieważ mistrz Funakoshi wziął mnie kiedyś w podróż po Japonii w celu odwiedzenia i odpowiedzi na zaproszenia wielu starych mistrzów w Osace, Kyoto, Okuyamie i Hiroshimie. Wymieniliśmy doświadczenia i dyskutowaliśmy i oczywiście oni pragnęli poznać nasze kata. Pamiętam, że odwiedziliśmy założyciela Shito-ryu karate-do, Kenwę Mabuniego. Sensei Gichin Funakoshi uczył się i znał podstawy stylów goju i shito i podczas krystalizowania form Shotokanu uwzględnił pewne techniki. Na przykład kata Hangetsu jest charakterystycznym dla stylu goju. Jeśli ktoś je opanuje łatwo mu będzie poznać inne formy goju, Tensho i Sanchin. Z drugiej strony mamy Gankaku i Empi, typowe dla Shorin. Mistrz Funakoshi nigdy nie zaprzestał studiowania form innych stylów. Gdy byliśmy u Kenwy Mabuniego kazał mi uczyć się Goju-shiho i Niju-shiho, by poznać ich znaczenie i wartość. Niejako naturalną drogą kata te zostały zaadoptowane i przystosowane do technik Shotokanu i dziś wielu karateków ćwiczy je często. Mówiąc na ten temat chciałbym wyznać, że czuję się jednym z najszczęśliwszych żyjących ludzi, gdyż ćwiczyłem z mistrzem Funakoshim, byłem jego uczniem i poznałem jego wielką mądrość i zdolność obiektywnej oceny wartości. Swoje karate-do Shotokan stworzył na podstawie wielu różnych szkół sztuk walki. Shotokan, mimo zawierania w sobie tych elementów, jest całkowicie spójnym i indywidualnym stylem o wielkiej wartości. Shotokan ma w sobie elementy Goju-ryu, Shorin-ryu, Shito-ryu i opanowanie podstawowych piętnastu kata pozwala na opanowanie innych elementów tych szkół oraz idei z nimi się łączących. Mistrz Funkoshi był człowiekiem, który potrafił wejrzeć daleko w przyszłość i stworzyć Shotokan tak, by doczekał on rozprzestrzenienia na całym świecie i dnia, w którym cały świat karate zostanie zjednoczony - to było zawsze czynnikiem mobilizującym go do pracy.

H: - Sensei, powiedział Pan, że mistrz Funakoshi nauczył najpierw Heianów, Tekki, następnie Bassai i Kanku, by na końcu przejść do pozostałych.

N: - Tak. Pierwszym kata, jakie poznawali uczniowie, było zawsze Heian Shodan.

H: - Czy mógłby Pan wobec tego wyjaśnić skąd biorą się kata nauczane w innych szkołach Shotokanu - mam na myśli Taikyoku-no-kata i Ten-no-­kata?

N: - Mistrz Funakoshi nigdy nie uczył nikogo tych form. Zostały one wypracowane jako podstawowe metody treningu przez Yoshitakę Funakoshiego i Genshina Hironishiego, ale Gichin Funakoshi nigdy ich ani nie uczył, ani nie praktykował. Idea tych ćwiczeń jest zupełnie różna od idei kata, te formy bowiem nie są kata. To proste, podstawowe formy treningu. Sensei Funakoshi nigdy ich nie demonstrował.
Kiedyś Yoshitaka Funakoshi i Genshin Hironishi poprosili Minoru Miyatę, by pozował do zdjęć ilustrujących ruchy Taikyoku i Ten-no-kata. Ten zgodził się ze względu na respekt, jaki czuł do Yoshitaki, syna mistrza. Ale choć jego zdjęcia posłużyły do prezentacji tych form, sam Miyata nie nauczał ich również. W Japonii tylko ćwiczący na Uniwersytecie Waseda praktykują te ćwiczenia. Nawet na Uniwersytecie Keio, najstarszym miejscu, gdzie ćwiczyło się Shotokan, nie znają tych systemów.
Celem tych form było wprowadzenie zupełnie podstawowej wiedzy o karate, treningu i pewnego wyobrażenia kata Heian w nauczaniu początkujących.
Ale zarówno przed jak i po podróży do Chin ćwicząc zawsze u mistrza Funakoshiego ani razu nie byłem świadkiem, by nawet wspomniał kiedykolwiek o Taikyoku lub Ten-no-kata. Ani razu.
Ażeby podkreślić to, przypomnę, że w oficjalnym tekście mistrza o Shotokan karate-do pod tytułem " Karate-do Kyohan" nie ma żadnej wzmianki o obu formach.

H: - Sensei, ale te formy są wymienione w angielskim wydaniu "Karate-do Kyohan"!

N: - Naprawdę? Nie czytałem angielskiego wydania, ale mogę zapewnić o tym, że w japońskim nie są wymienione.

H: - Sensei, tak wiele z ostatnich dwudziestu lat poświęcono na rozwój karate sportowego, że dziś mamy turnieje wszędzie i cały czas. Czy przyszłość karate-do, w Pana opinii, opiera się na pomyśle karate sportowego i jego nieustannego rozwoju?

N: - Karate osiągnęło swój obecny, wysoki poziom rozwoju ze względu na dokładne podążanie drogą mistrza Funakoshiego. Najważniejszą rzeczą w karate jest i zawsze będzie silny trening zaczynany zawsze od podstaw kata, a w ten sposób samokontrola i rozwijanie samego siebie, nie tylko fizyczne, ale i mentalne. Karate służy pielęgnowaniu i wzbogacaniu siebie ­emocjonalnie, fizycznie, duchowo.
Turnieje karate są organizowane, by spopularyzować karate i pokazać tę sztukę szerokiej publice. Sport jest dobrą areną do tego. Udowadnia ludziom, że nie jesteśmy bandą występnych zabójców i że każdy może podjąć trening i jeśli tego chce, bezpiecznie wystąpić na zawodach.
Jeśli skoncentrowalibyśmy się na rozwoju karate poprzez pryzmat sportu, stracilibyśmy prawdziwy sens karate jako sztuki walki, nie wspominając o zdeprawowaniu lub zniekształceniu idei. Nie chcę, żeby to się kiedykolwiek stało. Chcę, by karate rozwijało się przy pomocy tych samych metod i podążało tą samą drogą, która dotychczas okazała się taka wspaniała.
Zanim uczniowie staną do rywalizacji, powinni ciężko pracować, budować silne fundamenty swojego karate i poznać duchowe wartości karate-do, zrozumieć to, co trenują. Widzi Pan, za moich czasów nie istniało coś takiego jak turniej. Rywalizowaliśmy tylko ze sobą i uważam, że to jedyna właściwa droga rozwoju każdego karateki. Nigdy nie trenowaliśmy po to, by na zawodach zdobywać punkty, puchary, medale. Głównym przyrządem była makiwara i wiele godzin spędziliśmy, aby nauczyć się na niej ćwiczyć. Zaczynaliśmy od kilku uderzeń, a potem dochodziliśmy do tego, że mogliśmy na niej wykonywać tysiąc technik bez bólu ani rany. Jedyne nasze pragnienia dotyczyły tylko siły naszej techniki, chcieliśmy, żeby była, co dzień lepsza i skuteczniejsza. Sparing pozwala oczywiście trenującemu na wyczucie dystansu i tempa, ale nic tak jak makiwara nie rozwija siły ciała i woli. Do takich ćwiczeń zachęcam wszystkich moich uczniów i czynią to każdego dnia.

H: - Jeśli przyjęto taki punkt widzenia, to jak karate sportowe stało się tak istotne?

N: - Jak zaznaczyłem wcześniej, gdy zaczynałem trening karate ja i moi koledzy pragnęliśmy pewnych form walki z partnerem, mając doświadczenie z treningu kendo i judo. Nie byliśmy zadowoleni samymi kata. Mistrz Funakoshi, choć niechętnie, stopniowo zaczął wprowadzać kumite, wreszcie jiyu kumite. Nie sądzę, by był on zadowolony z tego, ponieważ nieugięcie stał na stanowisku, że w każdy sposób należy podkreślać, że karate nie jest barbarzyńską, ofensywną sztuką walki. Z drugiej strony pragnął zrównania karate z judo i kendo, a także wiedział, że młodsze pokolenie oczekuje czegoś więcej. W 1935 roku różne kluby karate z całej Japonii brały udział w kokangeiko (wymianie uprzejmości i doświadczeń). Te spotkania składały się z ćwiczeń kata kihon ippon kumite z ustalonymi z góry atakami i blokami. W rzeczywistości często przeradzały się w bójki i dla wielu kończyły kontuzjami. Widziałem złamane nosy, szczęki, wybite zęby i prawie urwane uszy. Czułem się jak między młotem, a kowadłem, pragnąc pokazać aspekt walki w karate, ale i mając wizję, że każdy błąd człowieka podczas treningu może doprowadzić do śmierci. Było to szczególnie ważne w pacyfistycznej atmosferze powojennej Japonii. Widziałem rozkwitające kendo i judo jako sporty i czułem, że jeśli karate utrzyma kierunek rozwoju jako sztuka agresywna i krwawa, ludzie zaniechają jej.
Moje rozwiązanie pomysłu karate sportowego oparłem na studiach innych dziedzin sportu i na przestudiowaniu różnych form walk. Jednym z rozwiązań było na przykład ubranie zawodników w strój zbliżony do pancerza używanego w kendo, znacznie lżejszy, oraz dopuszczeniu ich do pełnego kontaktu. Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu okazało się, że samo użycie pancerza ze względu na jego sztywność i ograniczenie ruchu powodowało więcej obrażeń niż chroniło przed nimi. Ostatecznie członkowie komitetu i ja doszliśmy do pewnej formuły, która była w naszym odczuciu odpowiednia. Te zasady obowiązywały na pierwszym Wszechjapońskim Tumieju Mistrzów w Tokyo w 1957 roku i impreza ta okazała się sukcesem. Przed 1953 rokiem ani w Japonii, ani gdziekolwiek indziej nie odbywały się żadne formy rywalizacji w karate. W efekcie 1957 rok przyniósł pierwsze mistrzostwa o zasięgu światowym.
Moją największą troską było nie dopuścić do tego, by poprzez sportowy aspekt karate nie zatraciło swej esencji jako sztuka walki. Dlatego długo i z mozołem opracowywałem zasady rywalizacji w kata i oparłem sposób punktacji na gimnastyce oraz jeździe figurowej na łyżwach. Moją nadzieją było zachowanie podstaw karate jako sztuki samoobrony i umiejętności wyrzeczeń oraz powściągać zachwyty dotyczące turniejów i rywalizacji sportowej, by nie przekształcić karate w sport.

H: - Czym jest, więc w Pana opinii współczesne karate full-contact?

N: - Karate full-contact rzeczywiście egzystuje w Europie i Ameryce, ale nie jest to karate-do. Do oznacza drogę, ścieżkę i mówi, że sztuka jest środkiem, przez który każdy wzbogaca swój charakter. Ulepszenie siebie nie polega, więc na czasowym lub przemijającym sukcesie. To proces, który musi postępować przez całe życie, będąc wspieranym przez codzienny trening. Sport rozwija ludzi typu zawodnik. Oznacza to, że ich ćwiczenia fizyczne są ciężkie i odbywają się codziennie. Gdy stają się silni w swojej dziedzinie, stają do rywalizacji. W niej stają się silniejsi, coraz silniejsi, a niektórzy zostają mistrzami zawodów. Ale po następnych kilku, kilkunastu latach ich ciało ulega osłabieniu lub nawet degeneracji i nie są już w stanie dłużej startować. Podążają błyskawicznie do wyimaginowanego celu i chcą go osiągnąć za wszelką cenę, a w efekcie ich młodość mija równie szybko, szczyt możliwości mają już za sobą i ich kondycja fizyczna jest z dnia na dzień słabsza.
Karate-do nie jest czymś, co wiedzie do tak banalnych celów jak puchary i medale. Rozwój człowieka jest w tej sztuce wspinaniem się po niekończących schodach, wytrwałym wspinaniem, a nie przeskakiwaniem ich. Uczeń, którego ciało i umysł zaczną współdziałać, zaczyna się nieustannie rozwijać niezależnie od wieku. Oczywiście po pewnym czasie wydolność nie jest już tak dobra, ale po pierwsze zawsze jest kolejny krok w rozwoju własnej osobowości, a po drugie nie oznacza to wcale, że traci się kondycję fizyczną. Po prostu ciało starszych ludzi z natury jest mniej elastyczne. Aż do dnia śmierci proces się nie kończy, bo choć nikt nie może być idealny, to możemy się przecież starać być coraz lepsi.
Karate full-contact jest jak boks oparty tylko i wyłącznie na sile - kto silniejszy ten wygrywa. Może nie ma nic złego w tej zasadzie, ani w kontakcie, dla mnie jednak najważniejsze jest kształcenie własnego charakteru poprzez samokontrolę. I taki jest filar rywalizacji kumite w karate. Aby wykonać niesamowicie szybką i efektywną technikę i zatrzymać ją tuż przed celem z pełną kontrolą nad całym ruchem oraz precyzją, wymagana jest rzeczywiście bardzo dobra kontrola umysłu. W sporcie najważniejsze jest silne ciało. W karate-do najważniejszy jest silny umysł. Wszystko ma swój początek w naszym umyśle i to jest charakterystyczne dla człowieka. To daje karatece wartości, które wzbogacają jego życie, które dają mu wiele w każdym dniu. Taka kontrola pozwala również karatece na regulowanie, z jaką siłą uderzyć. W sytuacji samoobrony właściwie wytrenowany karateka zawsze znajdzie odpowiedni dystans i właściwą siłę, z jaką należy uderzyć cel, by wyjść cało z opresji i jednocześnie niepotrzebnie nie spowodować czyichś obrażeń.

H: - Czy uważa Pan, że karate powinno się stać dyscypliną olimpijską?

N: - Nie sprzeciwiam się idei karate na Olimpiadzie, ale mam wielkie obawy związane z konsekwencji takiej decyzji. Wystarczy spojrzeć, co stało się z judo, gdy stało się dyscypliną olimpijską. Judo odwróciło się od swoich korzeni jako sztuki walki tylko po to, by wpasować się w strukturę i charakter tych zawodów. Kodokan stracił kontrolę nad sztuką. Ludzie zaczęli trenować, by jak najszybciej osiągnąć tak zwane minimum olimpijskie, które pozwoliłoby im występować w tej odbywającej się raz na cztery lata imprezie. To miało totalnie destruktywny wpływ na judo w Japonii, a liderzy judo znaleźli się w momencie, w którym czują się zupełnie rozdarci. Chcieliby widzieć judo powracające do tradycji jako sztuka walki, która może być uprawiana przez każdego - młodego czy starszego, mężczyznę, kobietę albo dziecko. Aspekt sportowy stał się wiodącym dla większości judoków, ale jest to niezgodne z ideałami twórcy judo, Jigoro Kano.
W związku z tym chciałbym, żeby, jeśli już karate dostanie się na areny olimpijskie, zachowane i zapewnione były największe wartości tkwiące w karate-do, żeby nie zgubiono ducha walki i dążenia do prawdziwego doskonalenia się. Jeżeli tak się stanie, wszystko będzie dobrze. Szczerze jednak mówiąc wątpię w to i dbam, by włączenie karate do dyscyplin olimpijskich nigdy nie było naszym głównym celem.

H: - Sensei, dziś nawet w JKA można zobaczyć karateków ćwiczących z ochraniaczami na rękach. Czy nie jest to dalekie odejście od dawnego konceptu karate jako sztuki walki? Czy nie jest to zmiana, która bardziej odpowiada aspektowi sportowemu, niż sztuce walki?

N: - To jest właśnie jedno ze zjawisk towarzyszących karate sportowemu, odróżniające je od podstawowego, tradycyjnego karate. Patrząc realistycznie, jeśli mamy zamiar organizować mecze sportowe, powinniśmy uczyć wszystko, co możliwe, by zapewnić zawodnikom bezpieczeństwo. Nie można wątpić, że karate jako sport będzie się rozwijał i że może pewnego dnia stanie się sportem olimpijskim. Jeśli już ma się to stać, to lepiej być przygotowanym na zademonstrowanie Komitetowi Olimpijskiemu środków ochronnych przeciw kontuzjom. Lekkie ochrony na dłonie są krokiem w tym kierunku i nie sądzę, by akurat one zmieniły oblicze karate jako sztuki walki. Są przecież tylko przyrządem mającym zapewnić osłonę ćwiczącym na zawody sportowe. Nie są w powszechnym użyciu w JKA, jednakże używają ich ekipy przygotowujące się do startu w meczach lub treningach.

H: - Jak, ma Pan nadzieję, będzie wyglądało karate za dziesięć lat?

N: - Mam nadzieję, że za dziesięć lat ludzie zrozumieją, że karate to droga wojownika i że nadal będą praktykować podstawy karate, by rozwijać się fizycznie i ćwiczyć w samoobronie, a także by rozwijać swoją sferę duchową.
Szczególnie myślę o zawodnikach - pragnąłbym, by trenując nie koncentrowali się na celach sportowych. Mam nadzieję, że będą zawsze pielęgnować swoje karate jako sposób życia i że trenować będą podstawy w celu uzyskania efektu ikken hisatsu - zatrzymania przeciwnika jedną techniką. Że będą trenować po to, by uzyskać jak najsilniejszy cios, kopnięcie, blok. Jeśli będą przestrzegać takich zasad, zawsze będą dobrze kontrolować swoją technikę. Trenując tylko dla zdobywania punktów nie uzyskuje się ani kontroli technik, ani kontroli siebie. Taki trening może być później przyczyną kontuzji.
Karate w przyszłości powinno być takie, jakie było kiedyś. To oznacza, że uczniowie powinni najpierw kształtować swoje zdrowie fizyczne na podstawie ćwiczeń. To doprowadzi do opanowania samoobrony i silnej podstawy w zakresie technik. Wówczas nie będzie nic złego w rywalizacji między karatekami, w ścieraniu się jednego z drugim. Takie trenowanie prowadzi do tego, że turnieje stają się fascynujące i wówczas zawodnicy odwzorowują realne, prawdziwe karate.
Zawsze powtarzam, że karate ma trzy decydujące o jego charakterze aspekty, ważne w kolejności: rozwój psychiczny, trening samoobrony i sport jako najnowszy przejaw sztuki walki. Podstawą doskonałego karate jest rozwinięcie w sobie tych trzech sfer w takiej właśnie kolejności. Dotyczy to nie tylko karate, ale i judo i innych sztuk walki. W rzeczywistości, gdy karate powstało i zaczęło się rozwijać obowiązywała zasada, że z dwóch walczących mógł przeżyć tylko jeden. Te sztuki narodziły się przecież w epoce wojen. Dzisiaj przecież nie znajdujemy się w takich sytuacjach jak nasi przodkowie. Rozwój budo zasadza się, w przeciwieństwie do bu-jutsu, na bazie doskonalenia siebie fizycznie i psychicznie, siły ciała i charakteru. To dla ludzi największa wartość budo. Najważniejszą rzeczą dla przyszłych pokoleń jest stale mieć na uwadze fakt, że karate służy wzbogaceniu lub nawet rozwijaniu filozofii, etycznej strony życia. Jeśli to zbudujemy w zawodnikach w pierwszej kolejności, nie będzie problemów ze sportowym aspektem karate. Musimy stale myśleć, do jakiego celu zdążamy.

H: - Właściwie wszyscy instruktorzy JKA, w tym instruktorzy japońscy, jednakowo wypowiadają się na temat ważności studiowania karate-do jako drogi życiowej i duchowego progresu. Czasem jednak trudno zauważyć realizację tego zamierzenia w dojo. lnaczej mówiąc dyskutujemy o duchu walki, a praktykujemy karate dla sportu. Dwadzieścia lat temu główny nacisk kładziono na kontakt z partnerem, ale w kihon ippon kumite w różnych jego wersjach. Dzisiaj liczy się przede wszystkim jiyu kumite. Czy myśli Pan, że zdążamy we właściwym kierunku? A może oddaliliśmy się od tych ideałów treningu, które Pan wyznaje?

N: - Myślę, że mamy teraz bardzo trudny czas dla tych, którzy pragną właściwie nauczać karate-do. Jesteśmy w zwrotnym punkcie historii rozwoju sztuki i jak dotąd, wszystko podąża w podobnym kierunku. Musimy zrozumieć, że z punktu widzenia historii nie minęło wcale wiele lat od czasu, gdy karate trenowano tylko w wielkiej tajemnicy. Nie sądzę, by było to lepsze dla karate od trenowania wyłącznie dla wyników sportowych - było to równie złe. Czasy się zmieniają i ludzie oczekują od wszystkiego, co stanowi w ich życiu pewną wartość, że będzie odpowiadało potrzebom ich rzeczywistości. We wszystkim, co czynimy musimy zachować umiar. Pomysł karate sportowego jest nowy i musimy pozwolić na jego adaptację. Myślę, że instruktorzy JKA, w Japonii i poza nią, wykonują znakomitą pracę rozwijając sportowy aspekt karate i przekazując go we właściwy sposób uczniom. Trzeba nam czasu. Z czasem, jeśli będziemy podążać zgodnie z zasadami mistrza Funakoshiego, znajdziemy idealną równowagę między głównym treningiem a rywalizacją sportową.

H: - Większość instruktorów rzeczywiście zgodziłaby się z opinią, że mamy teraz trudny okres w nauczaniu karate-do. Jaką specjalną radę dałby Pan im, by mogli skutecznie wypełniać swoją misję?

N: - Powiedziałbym im, że powinni intensywnie pracować nad sobą i być stale wpatrzonymi w idee mistrza Funakoshiego. Nie powinni zapominać, że karate-do jest drogą życia. Jeśli tak będą czynić, osiągną sukces. Dopóki instruktorzy podążają tą drogą nie mam obaw odnośnie przyszłości karate.

H: - Powiedział sensei, że czasy się zmieniają i że musimy szukać równowagi między wszystkimi aspektami karate. Czy to oznacza, że instruktorzy powinni uczyć podstawowego kumite, egzekwując zasady takie jak ikken hisatsu, oddzielnie od sportowego kumite? Inaczej mówiąc, czy jest różnica między treningiem kumite na zawody?

N: - Nie. To zupełnie tak nie jest. W znaczeniu heijo- shin koro michi, które objaśniałem wcześniej, zawiera się prawda, że karateka musi ćwiczyć codziennie, by codziennie być przygotowanym na wszystko co się może zdarzyć. Musi być spokojny i opanowany nieważne czy jest na treningu w dojo, czy je śniadanie czy bierze udział w shiai. Jeśli nasze poznawanie karate jest pełne, to po pewnym czasie uzyskamy dojrzałość i będziemy gotowi na różne doświadczenia losu.
Właściwy trening umożliwi karatece zarówno skuteczną samoobronę jak i skuteczną rywalizację w shiai. Wszystko zaczyna się u podstaw karate i w zależności od tego jakie one są, taka jest zdolność karateki do pokonywania różnego rodzaju przeszkód i szczebli.
Wiem, że trudno to wyrazić, a jeszcze trudniej nauczać, ale nie można rozgraniczać techniki używanej w samoobronie i używanej na zawodach. Technika jest techniką i jeśli karateka trenuje właściwe, może się nią posłużyć na zawodach i na ulicy. Ktoś trenujący tylko na zawody, przyzwyczajony do publiczności i całej aury, jaka towarzyszy takim imprezom w sytuacjach ekstremalnych może zostać sparaliżowany, że to walka na śmierć, a nie zwykłe zdobywanie punktów. Czy to nie jest śmieszne: mistrz świata nie potrafi się obronić w rzeczywistej sytuacji. Karate-do służy kształceniu całej jednostki, osobowości, niezależnie od trudności, jakim ma ona później sprostać.

H: - I ostatnie pytanie. Jeśli sensei mógłby powiedzieć wszystkim trenującym w JKA, zarówno trenerom jak i uczniom, jedną jedyną, rzecz, co by to było?

N: - Powiedziałbym im, by rozważali słowa Antona Geesinka, Holendra, który pokonał Japończyków i został mistrzem świata w judo. Geesink spotkał na swej drodze do tytułu wszystkich najlepszych zawodników japońskich i pokonał ich jednego po drugim. Tym czynem wstrząsnął całym środowiskiem związanym ze sztukami walki w Japonii. To było niepojęte, młody Europejczyk tak zręcznie i łatwo zniszczył mit o niepokonanej potędze japońskich mistrzów. Pokonał ich w ich narodowej sztuce. Ale zrobił to.
Pamiętam, że wydarzenie to wywołało niesamowite poruszenie wśród mistrzów judo i innych sztuk walki, że postanowili oni wynaleźć sekretną technikę, dzięki której pokonał ich rodaków. Wreszcie zaaranżowali wywiad japońskiego dziennika z Geesinkiem. Ten zapytany o metody treningu, które posłużyły mu do pokonania reprezentantów Japonii, udzielił odpowiedzi, którą uważam za jedną z najwartościowszych, jakie słyszałem w ciągu lat trenowania karate-do. Nigdy jej nie zapomnę. Powiedział: "Japończycy zatracili się w treningu nastawionym na rywalizację sportową. Postanowili za wszelką cenę stworzyć zawodników zdolnych do wygrania turniejów, mistrzostw świata. Ja nigdy w życiu nie trenowałem dla tych powodów. Trenowałem judo jedynie jako swoją drogę życia tak, jak nauczał dr Jigoro Kano. Gdy Japończycy debatowali, jakie strategie walki przyjąć dla swoich zawodników, ja przebywałem w dojo ćwicząc podstawy i kata." "Pokonałem Japończyków, ponieważ poznałem judo lepiej od nich. Tajemnica polega na rzetelnym treningu podstaw. To uczyni każdego niepokonanym."
W tej książce po raz pierwszy otrzymujemy obszerny wywiad z jeszcze do niedawna najważniejszą figurą w świecie karate. Masatoshi Nakayama (1913 - 1987), 9 dan, był Głównym Instruktorem Japońskiego Związku Karate, wywiad, który ujawnia wiele szczegółów z historii karate Shotokan, przedstawia uwagi mistrza na temat metod treningu sztuk walki i jego wyobrażenia dotyczące przyszłości karate. Nakayama został wybrany przez mistrza Funakoshiego na swojego następcę i w dużej mierze to jemu zawdzięcza się ekspansję karate Shotokan na całym świecie. Współcześni nadali mu nawet przydomek ojca nowoczesnego karate. Również Nakayama rozwinął ideę sportowego karate, jednocześnie starając się, by wypaczenia, które dotknęły inne dziedziny budo, ominęły Shotokan.
Autor, Randall G. Hassell, jest członkiem JAK od 1960 roku i jednym z najsłynniejszych amerykańskich dziennikarzy specjalizujących się w karate. Jest też znanym wydawcą i autorem kilku książek.

 

KARATE NI SENTE NASHI – KARATE NIE JEST SZTUKĄ AGRESJI

NAWET NAJDŁUŻSZA DROGA ZACZYNA SIĘ OD PIERWSZEGO KROKU

ŁATWIEJ JEST PRAWIĆ KAZANIA NIŻ PRAKTYKOWAĆ

KARATE UCZYNI DLA CIEBIE TYLE ILE TY UCZYNISZ DLA KARATE

 

MASATOSHI NAKAYAMA - urodził się w Kanazawa w Japonii.
Karate zaczął trenować w 1931 r. pod okiem wielkiego mistrza Gichin Funakoshi. W 1937 r. wyjechał do Pekinu, aby poznać Chiny. Tam studiował różne style chińskiej sztuki walki. Przed podróżą do Chin posiadał już 3 DAN w Karate. Poprzez swoją aktywną działalność w karate silnie był związany ze swoją uczelnią. W 1952 r. został szefem katedry wychowania fizycznego, a w 1955 r. szefem - instruktorem Japan Karate Association. W 1961 r. przyznano M. Nakayamie 8 Dan. Karate nauczał w południowej Azji, a także w USA. Wydał wiele publikacji o karate, tłumaczonych na różne języki.
"Trening karate podejmowany jedynie w celu wygrania walki może doprowadzić do upadku tej dynamicznej i wspaniałej sztuki. Potrzeba osiągnięcia autentycznej sprawności w oparciu o trwałe podstawy jest, moim zdaniem bardziej istotna niż kiedykolwiek. Uważam, że do karate trzeba podchodzić z szerokiego punktu widzenia. Zarówno od strony jego rozwoju jako nowoczesnej sztuki wojennej, jak i od strony wychowania fizycznego. Ostatecznym celem karate powinno być osiągnięcie wszechstronnie rozwiniętego moralnie charakteru drogą ciężkiego i pracowitego treningu."
MASATOSHI NAKAYAMA ( 1913-1987)

 

Materiały do strony internetowej opracował:
Marek Zabiegała

„TORAKAN"